<?xml version="1.0" encoding="utf-8"?>
<StringTableFile xmlns:xsi="http://www.w3.org/2001/XMLSchema-instance" xmlns:xsd="http://www.w3.org/2001/XMLSchema">
  <Name>game\backercontent</Name>
  <NextEntryID>1</NextEntryID>
  <EntryCount>117</EntryCount>
  <Entries>
    <Entry>
      <ID>0</ID>
      <DefaultText>Widzisz pole bitewne usiane trupami. Śmierć jest wszędzie, a zgrzytanie metalu o metal niesie się ponad naznaczoną krwią ziemią. Wołania rannych wypełniają powietrze, czasem zagłuszane tylko dźwiękami ogłaszającymi śmierć kolejnego z nich.

Widzisz uciekającego mężczyznę, nie wiesz jednak przed czym umyka. Jego oddech jest ciężki i urywany, a oczy rozszerzone i przepełnione strachem. Biegnąc, mocuje się z tuniką zaplamioną krwią i próbuje zedrzeć z siebie szatę – jakby go parzyła. Z jego gardła dobywają się przy tym dźwięki przypominające kwilenie. Kiedy próbuje ominąć stos ciał, zahacza o wystającą z niego rękę i pada jak długi na poległego żołnierza – spogląda teraz wprost w jego martwe oczy. Kwilenie przybiera na sile, gdy gramoli się, próbując zejść z trupa. Ręka ześlizguje się po śliskiej od krwi zbroi i mężczyzna zsuwa się, lądując na plecach. Zaczyna kręcić głową, a po policzkach spływają mu łzy przerażenia.
 
Podnosi się na klęczki i wodząc szeroko otwartymi oczami obserwuje pole bitwy. Oddycha szybko, niemalże się zapowietrza. Otrząsnąwszy się, ponownie zaczyna zrywać z siebie tunikę i nerwowo śledzić wzrokiem rozgrywającą się wokół rzeź. W końcu udaje mu się roztrzęsionymi dłońmi zerwać strój z piersi i odrzucić go na ziemię. Gdy ucieka, w uszach wciąż dźwięczą mu odgłosy bitwy.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>1</ID>
      <DefaultText>Widzisz siedzącego na stołku młodzieńca – jego wzrok jest pusty, a usta zaciśnięte. Pochyla się nad nim starszy mężczyzna i gani, wrzeszcząc mu prosto w twarz. To jego ojciec. W kącie pokoju siedzi kobieta ze spuszczoną głową, odsuwa się od konfrontacji. Młodzieniec podnosi wzrok, patrząc wprost w oczy ojca.
 
Bezczelność syna najwyraźniej wytrąca ojca z równowagi, bo nagle przestaje krzyczeć. Jego twarz tężeje, ale po chwili mężczyzna zaczyna znowu wrzeszczeć, tym razem uderzając młodzieńca ręką w tył głowy. Chłopak spuszcza głowę i mocno zaciska dłonie na kolanach. Jego ojciec odwraca się, by sięgnąć po rozżarzony pogrzebacz. Patrzy na syna, gestykulując i wymachując pogrzebaczem, a następnie przyciska jego rozgrzany koniec do przedramienia młodego mężczyzny. I wówczas w młodzieńcu zachodzi pewna zmiana. Chwyta pogrzebacz i wyrywa go z ręki starego. Wstaje i obracając się uderza rozgrzanym prętem w stołek, na którym siedział przed chwilą. Rozbija go w drobny mak. Bierze szeroki zamach nad sobą i celuje w głowę ojca, który robi szybki unik. Pogrzebacz trafia w ścianę, niszcząc kilka drobiazgów ustawionych na półce. Młodzieniec odsuwa się od resztek stołka i uderza w niewielki stół pod ścianą, rozbijając stojący na nim wazon.
 
Zatrzymuje się, aby zaczerpnąć tchu. Nagle wyczuwa dłoń na swoim ramieniu. Odwraca się, wymierzając pchnięcie wciąż rozgrzanym pogrzebaczem. Jego oczy rozszerzają się, napotkawszy wzrok stojącej przed nim kobiety. Z jej pleców wystaje teraz rozgrzany koniec pręta. Młodzieniec odrywa od niego dłonie, prostując palce. Kobieta wolno osuwa się na kolana i na bok, a jej oczy stają się szkliste. Ojciec spieszy do kobiety, swojej żony, krzycząc i wymachując rękami. Staje przed synem i patrzy na niego. Unosi dłoń i wymierza mu cios tak silny, że głowa młodzieńca odskakuje do tyłu. Wskazuje na drzwi, po czym odwraca się do niego plecami. Następnie pada na kolana przy leżącej twarzą do ziemi kobiecie. Młodszy mężczyzna patrzy na nich oboje, niezdolny do ruchu. W końcu, podczas gdy ojciec wydaje jakieś pomruki, rzuca się do ucieczki.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>2</ID>
      <DefaultText>Widzisz niewielką grupę ludzi wędrujących wyżłobioną koleinami drogą otoczoną lasem. Pomiędzy nimi kroczy mężczyzna rozprawiający tak wesoło, jakby wszyscy towarzysze podróży byli jego odwiecznymi przyjaciółmi. Choć sprawia wrażenie frywolnego, na jego przyjaznej twarzy pojawiają się niepokojące rysy, gdy rzuca od czasu do czasu nerwowe spojrzenia na przydrożną gęstwinę.
 
Nagle zza drzew dochodzi do nich dźwięk łamanej przez kogoś gałęzi. Mężczyzna unosi dłoń, uciszając podróżnych i załamując lekką atmosferę wieczoru. Spoglądają wokół siebie z zaniepokojonymi minami i zbijają się ciaśniej w gromadę. Mężczyzna gestem nakazuje im pozostać na swoich miejscach, a sam wchodzi w zarośla. Zapada trwająca jakiś czas cisza, w czasie której wszyscy nasłuchują, trzymając się nerwowo siebie nawzajem. W końcu z zarośli, z miejsca, w którym zniknął mężczyzna, dochodzi kolejny szelest i jakaś sylwetka wyłania się z lasu, co wyraźnie uspokaja zebranych. Postać zbliża się na tyle, że widoczna staje się jej twarz, która, ku przerażeniu podróżnych, okazuje się nie być twarzą ich towarzysza.
 
Kiedy postać zaczyna przemawiać, z lasu wyłania się grupa uzbrojonych mężczyzn i otacza wędrowców. Jako że żaden z nich nie ma przy sobie broni, ani nie jest w stanie walczyć, skrępowanie i ograbienie ich z kosztowności nie trwa długo. Pozostawiwszy złupionych podróżnych na drodze, bandyci ze śmiechem znikają z powrotem w lesie, gdzie ponownie spotykają się z mężczyzną, który radośnie kpi z łatwowierności ludzi gotowych zaufać każdemu, kto postawi im kieliszek.
 
Następnie mężczyzna ten zabiera swoją część łupów i odchodzi.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>3</ID>
      <DefaultText>Widzisz skalistą polanę porośniętą zielskiem. Wcina się w nią niszczejący mur, nad którym korony drzew tworzą kopułę blokującą dopływ światła. Gdyby nie ona, światło oświetlałoby kształt leżący pod ścianą – ciało elfa zwróconego twarzą do ziemi. Jego ubranie jest podarte i zszargane. Elf pokryty jest wielkimi siniakami, zadrapaniami i skaleczeniami, a nieosłonięte niczym fragmenty skóry wyglądają na poszarpane.
 
Elf drży, a z jego ust wydobywa się stłumiony okrzyk, który wznieca tuman kurzu wokół jego głowy. Poszkodowany pojękuje i ryjąc dłońmi w ziemi, odpiera atak czegoś, czego nie jesteś w stanie dostrzec. Jego oddech przyspiesza coraz bardziej, aż prawie osiąga stan hiperwentylacji. W końcu, wydając ostatni dźwięk – stłumiony okrzyk – otwiera szeroko oczy.
 
W jednej chwili podrywa się i przykuca, szaleńczo rozglądając się wokoło. Jego oddech nie zwalnia, a każdemu wydechowi towarzyszy jęk. Spoglądając po raz ostatni za siebie, elf odchodzi w objęcia cienia rzucanego przez niszczejący mur, niemal znikając w ciemności. 
Rozmyślając o swoim stanie, mruczy do siebie: „Nie rozumiem, jak ktoś, kto EWIDENTNIE pieprzy własny inwentarz, może być tak przewrażliwiony na tym punkcie.”</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>4</ID>
      <DefaultText>Na porośniętym mchem gruncie widzisz powalony pień. Las jest cichy, spokojny i nieporuszony. Niewielki ptak przysiada na krańcu pnia, aby wygrzać piórka w słońcu.
 
Nagle zza drzew wyłania się mężczyzna. Porusza się szybko, ale nie biegnie. Stawia kroki z rozwagą i precyzją – niemal bezgłośnie. Wskakuje na pień i przemierza go wzdłuż. Dopiero, gdy dociera do jego końca, siedzący tu ptak zrywa się do lotu, jak gdyby wcześniej nie spostrzegł intruza. Mężczyzna zeskakuje z pnia, ląduje tuż przy drzewie, chwytając się gałęzi wystającej nieco powyżej jego pasa, przez co nadaje swoim ruchom chwilowego przyspieszenia.
 
Zbliża się do krańca lasu, skąd widać już zabudowania. Dochodzą do niego dźwięki codziennej krzątaniny. Pochyla się, by przedrzeć się przez linię drzew i przedostać się do widniejącej przed nim drogi. Prostuje się i rozgląda wokół, ciężko dysząc ze zmęczenia. Nie wygląda na to, by znalazł to, czego szukał. Opiera się o ścianę pobliskiego budynku.
 
Mija kilka minut, a na jego twarzy pojawia się uśmiech. Mężczyzna odpycha się od ściany i wychodzi na spotkanie nadbiegającej drogą, oddychającej z trudem i potrząsającej głową męskiej postaci. Oświadcza jej, że następnym razem musi się bardziej postarać, żeby go pokonać. Obejmuje drugiego mężczyznę ramieniem i przypomina, że założyli się o piwo, a zakład właśnie się rozstrzygnął.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>5</ID>
      <DefaultText>Widzisz przepysznie urządzony pokój – na ścianach są gobeliny, a lampki oliwne tworzą ciepłą, odprężającą atmosferę. Kilka sof udekorowanych jedwabnymi poduszkami otacza ustawiony na środku elegancki stół. Przy stole siedzą naprzeciw siebie dwie kobiety. Obie są wspaniale ubrane. Ich stroje odpowiadają przepychowi pomieszczenia, w którym się znajdują. Jedna z kobiet jest blondynką z włosami upiętymi w imponującą fryzurę, druga brunetką. Rozmawiają ze sobą swobodnie, jakby dobrze się znały.
 
Chociaż obie sprawiają wrażenie, jakby dobrze czuły się w swoim towarzystwie, działania blondynki noszą znamiona pewnego napięcia, które ujawnia się od czasu do czasu w postaci nerwowego chichotu lub zająknięcia przy prostym słowie. Postawa kobiety z przyjacielskiej przemienia się w płochliwą i odwrotnie, bez ostrzeżenia.
 
Brunetka opiera się wygodnie na krześle, delikatnie się przeciągając. Łagodnie kładzie rękę obok dłoni drugiej kobiety, pozwalając, by ich palce lekko się stykały. Blondynka przerywa w pół zdania, bierze głęboki wdech i zalewa się rumieńcem. Nie porusza się jednak. Brunetka uśmiecha się i ujmuje jej dłoń. Następnie wstaje i, obchodząc stół, zbliża się do kobiety, na której twarzy walczą ze sobą sprzeczne emocje: przerażenie i pożądanie.
 
Blondynka chichocze i wyrywa swoją dłoń, którą unosi do ust, czerwieniąc się jeszcze mocniej. Brunetka przystaje i spogląda na nią roziskrzonymi oczami. Unosi rękę i wyciąga coś spomiędzy jej jasnych włosów, które rozsypują się na ramiona. Potem pochyla się i, delikatnie muskając ustami policzek tamtej, przybliża się do jej ucha. Szepcząc coś, zwinnie wiedzie dłonią w dół ciała kobiety, w okolice talii. Blondynka drży i pochyla się ku niej, z oczami przymkniętymi i policzkiem blisko ust wciąż szepczących coś do ucha. Stojąca kobieta zręcznie odpina od pasa drugiej niewielki pakunek i ukrywa go przy talii pod własną szatą. Potem łagodnie całuje swoją towarzyszkę w policzek i prostuje się, a uśmiech nie schodzi z jej ust.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>6</ID>
      <DefaultText>Widzisz migoczące pochodnie, których światło wydobywa z ciemności cztery napięte twarze. Powietrze przecinają ostre słowa rzucane w sporze nad celowością dalszej wyprawy. Część osób chce wracać, a część – iść dalej. Poruszają się ostrożnie po wilgotnej jaskini, zatykając nosy i wytężając wzrok. Nagle jedna z nich, elfka o upiornym wyglądzie, zostaje złapana w niewidoczną pułapkę i wyrzucona w powietrze. Po chwili spada na ziemię z gwałtownym trzaskiem. 
 
Grupa zostaje otoczona przez szkielety sięgające kościstymi dłońmi po żywych, którzy zakłócili ich spokój. Wędrowcy nerwowo sięgają po broń. Jest już jednak za późno – szkielety już ich dopadły. 
 
Leżąca na ziemi elfka otwiera szeroko oczy. Widzi, jak jeden z jej towarzyszy upada. Lada moment przeszyje go starodawna włócznia. Adrenalina uderza jej do głowy i z krzykiem rzuca się do walki. Porusza się przy tym szybciej, niż poruszałby się ktokolwiek inny, kto ocknął się chwilę temu. Z oczyma zbielałymi ze strachu wyczarowuje mur płomieni, który spala atakującego szkieleta, dając wędrowcom chwilę wytchnienia. Skalny korytarz wypełnia się migotaniem ognia, a oni, oddychając ciężko, porozumiewają się wzrokiem i szykują broń. Tym razem są przygotowani na odparcie ataku i szkielety już po kilku minutach padają się na ziemię po raz wtóry.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>7</ID>
      <DefaultText>Widzisz grupę awanturników, którzy walczą z xauripami w wilgotnej jaskini. Wojownik i barbarzyńca walczą na przedzie, druid na uboczu przygotowuje zaklęcie, a łotrzyk powoli zachodzi stwory od tyłu. Za nimi wszystkimi stoi krasnolud, niemal podskakując z podniecenia. Zdaje się czerpać wielką przyjemność z bitwy, gdy tak chciwie jej się przygląda.
 
Nagle pojawia się olbrzymi xaurip dzierżący włócznie w obu rękach – wódz. Mężczyzna chichocze z satysfakcji: „To dla ciebie!” – unosi dłoń skierowaną wnętrzem do dołu, a drugą podnosi księgę, którą utrzymuje pod wyprostowaną ręką. Wymawia kilka słów o magicznej mocy i wykonuje ruch przypominający rzut. Trzy trzaskające kule energii mkną z jego iskrzącej się dłoni wprost do xauripa, który skamle z bólu i patrzy na źródło energii, która właśnie go trafiła. Krasnolud macha do niego, podskakując rytmicznie, skryty za masą mięśni barbarzyńcy.
 
Mężczyzna ponownie zajmuje pozycję – ręka wyciągnięta, pod nią księga – i zaczyna inkantacje, wolną dłonią wykonując skomplikowane ruchy. Nie spuszcza oka z łotrzyka, który podkrada się właśnie do dowódcy xauripów, gotowy uderzyć. Dłoń krasnoluda lśni, a recytacja spowalnia w oczekiwaniu na doskonały moment. Nagle sztylet łotrzyka wyfruwa i trafia wodza w plecy. Trafiony xaurip wydaje charczący, słaby okrzyk i osuwa się na ziemię.
 
„Teraz!” – krzyczy krasnolud, trzymając rękę przed sobą. Barbarzyńca i wojownik padają na plecy i koziołkują jak najdalej od linii frontu, pozostawiając wymachujących jeszcze bronią, zaskoczonych xauripów na miejscu. Łotrzyk odskakuje i biegnie do najdalszego krańca jaskini, oddalając się na jak największą odległość od wielkiej kuli ognia zmierzającej właśnie w kierunku padającego dowódcy xauripów. 
 
Pośród szalejących płomieni widać jeszcze roześmianego, z odrzuconą do tyłu głową krasnoluda. Jest zachwycony.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>8</ID>
      <DefaultText>Widzisz młodego mężczyznę obserwującego przez dziurę w połamanych deskach złodzieja koni. Oczy świecą mu z wrażenia. Złodziej wychodzi ze stajni, prowadząc konie, jakby sam był tu szefem i puszcza do niego oko. Młodzieniec odpowiada skinieniem głowy i gestem wyrażającym uznanie. 
 
Przekradając się na drugą stronę stajni, wślizguje się przez otwór do środka i odwiązuje jeszcze trzy konie. Myśli formułują mu się na języku, gdy wypowiada słowa otuchy kierowane do swoich nowych podopiecznych. Podążając za swoim nowym towarzyszem, śmieje się triumfalnie razem z nim.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>9</ID>
      <DefaultText>Widzisz dłoń, która pewnymi ruchami sporządza wypisy ze starożytnej, ale zaskakująco dobrze zachowanej księgi. Pismo zostało zapisane z kaligraficzną precyzją, ilustracje są niewielkie, ale czytelne. Mnich delikatnie przesuwa palcem po literach i kartkuje tom strona po stronie. Czegoś szuka. Tekst jest stary i dlatego prawie nieczytelny, jednak skryba nie poddaje się. Przepisuje kolejne strony, czyniąc księgę bardziej zrozumiałą. Nagle spokojne notowanie nabiera tempa, oczy zyskują dziki wyraz, a tusz rozlewa się i plami papier. Mnich zrywa się od stołu i zamyka księgę, wzbijając w powietrze chmury kurzu. Na jego obliczu pojawia się szeroki uśmiech. 
 
Spieszy do wyjścia z zapiskami pod pachą i nową przygodą na myśli.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>10</ID>
      <DefaultText>Widzisz błotnistą polanę. Z chmur lecą wielkie krople deszczu. W błocie leży mężczyzna, który rękami rozwiera olbrzymią paszczę stojącego nad nim i przyciskającego go łapą do ziemi stelgaera. Mokną w gwałtownym deszczu zagłuszającym stęknięcia wydawane przez walczących. Martwe stelgaery leżą wokół. Ciało mężczyzny także nosi na sobie ślady stoczonej walki. Jego podarte ubranie zwisa w strzępach. Rany po ugryzieniach oraz zadrapania pokrywają ręce i nogi. Olbrzymia rana przecina jego czoło, a płynąca z niej krew miesza się z deszczem i ścieka po twarzy wprost w błoto. Mężczyzna wkłada wszystkie swoje siły, żeby trzymać rozwartą paszczę zwierzęcia.
 
Rozgląda się przy tym szaleńczo wokół, aż wreszcie jego wzrok zatrzymuje się na wielkim, zalewanym brudnym deszczem toporze leżącym za jego głową, niemal w zasięgu ręki. Spogląda na stelgaera i z powrotem na topór, a na jego twarzy pojawia się wyraz zaciętej determinacji. Ręce mu drżą i wydaje się, że nie zdoła już dłużej utrzymać bestii. Bierze głęboki oddech i chwyta prawą ręką dolną szczękę zwierzęcia, po czym puszcza lewą, uwalniając częściowo stelgaera, którego paszcza zaciska się na prawej ręce mężczyzny. Mężczyzna drugą ręką sięga właśnie po topór za głową. Stelgaer zwiera kły i szarpie, próbując uwolnić się z uścisku mężczyzny, plamiąc krwią jego twarz. Z jękiem, który szybko przemienia się w ryk bólu, mężczyzna cofa prawą rękę, przyciągając do siebie łeb bestii, i uderza toporem. Ostrze broni przebija szyję zwierzęcia, które skowyczy i próbuje się odsunąć – pysk ma szeroko otwarty.
 
Nim zmasakrowana dłoń utraci resztę siły, mężczyzna zaciska ją najmocniej, jak potrafi, starając się rzucić bestię na ziemię. Wykorzystuje opór stelgaera do tego, aby podciągnąć się do pozycji siedzącej. Ponownie opuszcza topór. I znowu. I jeszcze raz, aż w końcu głowa bestii oddziela się od ciała, uwalniając dłoń mężczyzny. Wypuszcza on zwierzęcy łeb z uścisku i wysuwając rękę do tyłu, by podeprzeć się nią przy upadku. Gdy ląduje na niej całą siłą swojego ciała, kolejny ryk bólu rozdziera powietrze. Oddycha ciężko, podnosi dłoń, aby ocenić obrażenia. Brakuje małego palca. Przepadł gdzieś w błocie. Dwa sąsiednie są powykręcane, złamane i rozdarte, ledwo trzymają się dłoni, wisząc na skrawkach ciała. Wzdycha, podtrzymując zwisające palce lewą dłonią.
 
Zaciska zęby i ciągnie.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>11</ID>
      <DefaultText>Widzisz młodą kobietę na tle rozległej, trawiastej równiny. Srebrne światło księżyca wydobywa z cienia rysy jej twarzy. Spogląda w dół, na drewnianą tratwę u swoich stóp. 
 
Na tratwie leży starsza kobieta. Jej ramiona skrzyżowane są na piersi, odkąd oczy zamknęła jej śmierć. Twarz tej kobiety, podobnie jak młodszej, jest ciemnoszara. Na jej głowie znać te same zakrzywione narośla, ale na tym kończy się podobieństwo.
 
Młodsza kobieta zdejmuje z szyi zmarłej wisior i sama go zakłada. Platynowy medalion przedstawia półksiężyc zanurzony we wzburzonej fali – symbol bogini Ondry.
 
Kobieta spycha tratwę z porośniętej trawą plaży wprost na fale. Stoi jeszcze w wodzie i patrzy, jak tratwa znika na horyzoncie, a srebrzysta łza spływa po jej policzku.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>12</ID>
      <DefaultText>Widzisz wyginające się ciało młodego mężczyzny przywiązanego do drewnianego stołu. Powietrze rozdzierają jego krzyki. Nad nim terkocze maszyna rzucająca drobne igiełki błyskawic, które pieszczą jego umęczoną postać. Wokół stoi trzech czarnoksiężników. Ze zbielałymi oczami i dłońmi uniesionymi na znak błogosławieństwa inkantują nad konającą ofiarą. Trwa to bardzo długo, zanim krzyki w końcu ustają. Zastępuje je ochrypłe, przerywane łkanie, a w końcu cisza. Pojawia się siwowłosa kobieta, która całuje czoło mężczyzny i uspokaja go z matczyną czułością. Mężczyzna cichnie, od ciągłego krzyku nie jest już zdolny nawet przemówić – oczekuje śmierci, która nigdy nie nadejdzie.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>13</ID>
      <DefaultText>Widzisz ciemną postać, która w szybkim tempie przemierza pokój, zbierając różne przedmioty i chowając je do worka. W pomieszczeniu panuje całkowity nieład. Na podłodze, na środku pokoju leży elfka. Oddycha płytko, łapiąc powietrze, a jej twarz jest mokra od łez. Głowa elfki powoli opada na bok, ale jej uwagę przyciąga odgłos dochodzący z dalekiej części pokoju. Obserwuje, jak kręcąca się po nim postać wybiera właśnie ze skrzyni wszystkie kosztowności.
 
Powoli odrywa dłoń od brzucha i unosi ją do oczu. Jej głowa trzęsie się w osłabieniu, gdy odwraca ją, by spojrzeć na swoje palce, całe we krwi. Oddech elfki ponownie się zacina i kobieta wydaje z siebie cichy, miauczący dźwięk. Ciemna postać przystaje i odwraca się w jej kierunku, sycząc.
 
Podchodzi do elfki i staje nad nią, przechylając głowę, jakby kompletnie zapomniała, że ona tam leży. Uświadamia sobie to dopiero, gdy słyszy wydany przez nią dźwięk. Klęka przy niej i patrzy w jej zmącone oczy, a następnie sięga ręką do jej brzucha. Bez słowa, nie odrywając od niej oczu, wpycha dwa palce do rany w brzuchu. Usta elfki otwierają się w niemym krzyku, a twarz wykręca grymas bólu. Za chwilę ból odbiera jej władzę nad ciałem, które opada zemdlone. Postać wstaje i patrzy na ofiarę ostatni raz. Nim wychodzi jeszcze na nią spluwa.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>14</ID>
      <DefaultText>Widzisz drobną postać przemykającą na tle siana w starej stajni. W jej dłoni połyskuje nóż odbijający księżycową poświatę, która wkrada się do budynku przez połamane deski. Konie przestępują nerwowo, parskając na widok zbliżającej się postaci. Mężczyzna ucisza zwierzęta i płynnym ruchem przecina trzy pary skórzanych uwięzi. Uspokaja spanikowane konie i uważnie wyprowadza je frontowymi drzwiami. Puszczając oko w ciemności, znika za rogiem. Jest już o pół dnia drogi stąd, gdy kradzież zostaje odkryta.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>15</ID>
      <DefaultText>Widzisz mężczyznę przebierającego w towarach wystawionych na straganie na krańcu ruchliwego targowiska. Pod ścianą pobliskiego budynku stoi elfka i patrzy przed siebie. Choć sprawia wrażenie spokojnej, wręcz nonszalanckiej, jej oczy utkwione są w mężczyźnie po przeciwnej stronie ulicy. Nie spuszcza z niego wzroku ani na moment. Mężczyzna kończy przeglądać towary i idzie dalej ulicą, oglądając się we wszystkie strony. Dopiero, gdy niemal znika już w tłumie, elfka odrywa się od ściany i podąża za nim, nie tracąc go przy tym z oczu, ale nie zbliżając się też na tyle, by dać się zauważyć.
 
W końcu mężczyzna skręca w jedną z pobocznych uliczek i udaje się do jednej z bogatych rezydencji z osobnym wejściem. Kobieta zbliża się do niego ostrożnie, obserwując, jak odblokowuje magiczne zamknięcia, którymi zabezpieczone są drzwi. Gdy kończy i drzwi się otwierają, elfka podchodzi do niego. Słysząc kroki, mężczyzna odwraca się w jej stronę. Kobieta spogląda mu w twarz, a w jej oczach pojawia się chwilowy, niemal niedostrzegalny błysk – mężczyzna staje sztywno z zaszklonymi oczami.
 
Elfka uśmiecha się, wyciągając ręce w powitalnym geście i zagląda do wnętrza domu. Mężczyzna jak w transie ujmuje jej dłoń, choć na jego pustej twarzy nie pojawia się najmniejszy znak świadczący o tym, że ją rozpoznaje. „Nie mogę się doczekać, aż obejrzę wszystkie te kosztowności, które zamierzasz mi podarować” – mówi lekko kobieta. Wprowadza go do domu, zerkając za siebie, żeby sprawdzić, czy nie są obserwowani.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>16</ID>
      <DefaultText>Widzisz, jak dziób statku przeszywa pokład innego – przewożącego vailiańskie przyprawy handlowca. Roztrzaskane drewno fruwa po pokładzie, a załoga pogrąża się w panice. Piraci przeskakują na statek w ułamkach sekund – zorganizowani, gwałtowni, ze złotymi kolczykami. Członkowie załogi zostają poturbowani i zepchnięci z pokładu, gdy wkracza na niego piracki kapitan o psich uszach. Łowy rozpoczynają się dokładnie w momencie, gdy woda przedostaje się na uszkodzony statek. Większe skrzynie z ładunkiem zostają zignorowane na rzecz mniejszych i delikatniejszych pudeł i słojów. Woda sięga kostek kapitana, który czeka, aż wszyscy członkowie pirackiej załogi powrócą na swój statek ze zdobytym łupem. Odliczywszy ludzi, bierze rozpęd i przeskakuje po linie na pokład własnego statku, zanim ofiara rabunku całkowicie pogrąży się w odmętach oceanu. Załoga wrzaskliwie świętuje, a wiwatując, przebiera w vailiańskich przyprawach. Na Fancingtonie będzie dziś uczta.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>17</ID>
      <DefaultText>Widzisz orlanina, jak ostrożnie kroczy kamiennym korytarzem. Wytrzeszcza oczy i wciąż ogląda się za siebie, nerwowo reagując na każdy dźwięk. Ubrany jest jak poszukiwacz przygód – jednak pancerz, który ma na sobie, nie pasuje na niego, a plecak zsuwa mu się z pleców. Jakiś dźwięk dobiega z tyłu i orlanin odwraca się, wpatrując w ciemność i próbując dostrzec jego źródło. Stoi tak przez dłuższą chwilę, wstrzymując oddech i obserwując przestrzeń.
 
Ponieważ nic się nie dzieje, wzdycha z ulgą i odwraca się, by kontynuować marsz. Plecak spada mu z ramion i wypadają z niego przybory kuchenne, rozsypując się z głośnym stukiem, którego echo niesie się po cichym korytarzu. Gdy hałas zanika, orlanin zamiera pośród zaległej ciszy. Nagle słyszy dochodzące zza pleców dudniące kroki. Wypuszcza z siebie cichy pisk i rzuca się do ucieczki, potrącając po drodze rozsypane wcześniej akcesoria. Kroki nabierają tempa i orlanin, popiskując, przyspiesza. Gdy blisko niego rozlega się gardłowy pomruk, odwraca się i widzi, jak z ciemności wyłania się ogr. Orlanin skłania głowę i wyrywa przed siebie, a jego popiskiwania zamieniają się we wrzask. Ogr natomiast wpada na rozsypane przybory i, krzyknąwszy z bólu, zatrzymuje się na chwilę, by spojrzeć pod nogi. Następnie rusza dalej, tym razem już podskakując. Spanikowany orlanin wpada na linkę przeciągniętą wzdłuż korytarza, nawet jej nie zauważając. Przewraca się, turlając się trochę, aż wreszcie ląduje na plecach. Unosi nieznacznie głowę i spogląda w dal korytarza. Ogr odzyskuje sprawność w nodze i biegnie teraz w jego kierunku z rękami wyciągniętymi przed siebie, próbując go chwycić. Żaden z nich nie zdaje sobie sprawy z obecności nieświadomie wprawionego przez orlanina w ruch berdysza. Berdysz zatacza teraz w powietrzu śmiertelnie niebezpieczny łuk.
 
Trafia wprost w pysk ogra, który zatrzymany w pół kroku, z ręką wyciągniętą przed siebie, broczy krwią. Orlanin patrzy szeroko otwartymi oczami, jak ogr wiotczeje, odrywając się od ostrza z mokrym cmoknięciem. W końcu uwalnia się całkiem i pada bezwładnie, a ocalały przy życiu orlanin wydaje z siebie kolejny pisk i czmycha do tyłu, aby uniknąć przygniecenia wielkim ogrzym łbem. Gdy po dłuższej chwili dociera do niego to, co właśnie zaszło, robi krok nad ciałem ogra i rusza biegiem do wyjścia z korytarza.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>18</ID>
      <DefaultText>Widzisz dwóch mężczyzn wolno zmierzających kamiennym korytarzem. Poruszają się ostrożnie, często spoglądając za siebie. Jeden z nich zatrzymuje się, przybliżając kawałek pergaminu do swojego zaczarowanego, świetlistego hełmu i czyta znajdujące się na nim zapisy. Drugi nie przestaje iść, spoglądając za siebie. Pierwszy mężczyzna w połowie zdania unosi wzrok znad pergaminu, a jego twarz zmienia wyraz z uważnej na przestraszoną. Próbuje ostrzec towarzysza, ale jest już za późno. Mężczyzna zostaje właśnie dźgnięty niewielkim mieczem przez wyrosłego przed nim w ciemności xauripa. Xaurip, najwyraźniej obrzydzony całą tą sytuacją, wydaje z siebie pisk i czmycha, pozostawiając miecz wbity w brzuch ofiary.
 
Mężczyzna rzuca pergamin, podbiega do przyjaciela i podtrzymuje go, gdy ten upada. Rana nie jest jednak poważna. Właściwie nawet nie wygląda na to, żeby ostrze wbiło się głęboko. Mężczyzna przenosi więc swoją uwagę na korytarz, wypatrując w nim śladów jakiegoś ruchu. Nic jednak nie wyłania się z ciemności, więc wstaje i zmierza w głąb z determinacją wypisaną na twarzy oraz mieczem i tarczą gotowymi do walki. Korytarz rozszerza się, a gdy mężczyzna wchodzi głębiej, zawodzący wrzask wybucha z ciemności spowijającej drugą części jamy. Mężczyzna zwalnia i skrada się powoli w kierunku źródła dźwięku.
 
Światło pada na przyczajonego przy ścianie xauripa, chowającego za sobą mniejszego stwora. Większy ustawił się tak, by osłaniać małego własnym ciałem. Determinacja znika z twarzy mężczyzny, który opuszcza tarczę i chowa miecz. Unosząc ręce, powoli się wycofuje, zostawiając xauripa i jego młode w spokoju. Gdy mija zwężenie dzielące jamę od korytarza, zatrzymuje się, by sięgnąć do sakwy i wyjąć z niej kilka porcji jedzenia. Zostawia je na podłodze, po czym kieruje się z powrotem do swojego przyjaciela.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>19</ID>
      <DefaultText>Widzisz trzech młodych ludzi przechadzających się ulicami, poszturchujących się nawzajem i żartujących między sobą. Zatrzymują się i spoglądają po sobie, gdy jeden z nich wskazuje palcem coś w dole ulicy.
 
Orlanka, choć młodsza i mniejsza, przyciąga ich uwagę. Niesie garść monet, które przesypuje z jednej dłoni do drugiej, zmierzając w stronę targowiska. Chłopcy poruszają się szybko, przeciskając się przez tłum i zagradzając jej drogę. Spychają ją z głównej ulicy w cienisty zakątek.
 
Dokuczają jej, oskarżają o kradzież monet, które ma w dłoni i zagłuszają jej protesty zapewniające o niewinności. Grożą, że przekażą ją strażnikom miasta jako złodziejkę, jeśli nie odda im wszystkich monet – oni zaś te pieniądze chcą przekazać ubogim. Jeden z młodzieńców sięga po monety, ale orlanka cofa rękę. Wtedy ten sam młodzieniec uderza ją lekko w głowę i chwyta za dłoń. Otwiera siłą zaciśnięte palce i wysypuje monety, które spadają w jego dłoń. Chłopcy śmieją się i dziękują orlance za przysługę, po czym znikają w tłumie.
 
Okradziona orlanka rozgląda się wokoło. Oczy ma mokre od łez. Dostrzega członka straży i podbiega do niego, by opowiedzieć mu, że właśnie została obrabowana. Strażnik jest niewzruszony. Sucho informuje ją, że jeśli teraz jej pomoże, to następnym razem także da się okraść. Orlanka protestuje, oświadczając, że taka pomoc należy do jego obowiązków. Jednak strażnik pozostaje zarazem niewzruszony i nieporuszony.
 
Dziewczyna wpatruje się w niego jeszcze przez dłuższą chwilę, płonąc wściekłością. Nagle bez słowa obraca się i mknie jak burza, a na jej twarzy maluje się jakieś silne postanowienie.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>20</ID>
      <DefaultText>Widzisz statek miotany sztormem na morskich falach, które opadają i unoszą się, rzucając statkiem jak zabawką. U steru stoi mężczyzna. Wokół niego przelewają się ogromne ilości wody, a tymczasem członkowie załogi biegają we wszystkich kierunkach, starając się zapanować nad chaosem. Mężczyzna wydaje im kolejno warczące polecenia, wskazując każdemu z osobna, co ma robić i dokąd iść. Mężczyzna, choć wciąż w widoczny sposób roztrzęsiony, uspokaja się nieco faktem, że wydał już wszystkie rozkazy.
 
Nakazuje sternikowi powrót na stanowisko, a sam rusza na pomoc członkom załogi zmagającym się z liną jednego z żagli. Nagle statek wznosi się na fali – w jednej chwili staje niemal pionowo, aby po chwili runąć w przeciwną stronę. Część ludzi traci równowagę i zsuwa się po deskach kołysanego wodą statku.
 
Gdy fala przechodzi i statek powraca do względnie stabilnej pozycji, mężczyzna szybko przebiega wzrokiem po pokładzie, cicho licząc załogę. Na szczęście tym razem nikt nie zaginął. Patrzy w kierunku, w którym zmierzają i nie widzi nic, co pozwoliłoby mieć nadzieję na odpoczynek od burzy tej nocy. Z zaciśniętymi szczękami i zaciętym wyrazem twarzy ponownie przejmuje ster.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>21</ID>
      <DefaultText>Widzisz mężczyznę opierającego się o drzewo w środku lasu. Obraca głowę i wytęża słuch. Następnie odwraca twarz w przeciwnym kierunku i powoli zsuwa się po drzewie, pozostając w przysiadzie. Ostrożnie rusza naprzód, skrywając się w cieniu. Uważnie stawia stopy pomiędzy gałązkami i liśćmi, nie wydając żadnego dźwięku.
 
W cichym powietrzu poranka rozlega się chrząkanie i szelest zbliżających się kroków. Mężczyzna wychyla głowę zza pnia drzewa i obserwuje swój cel. Obchodzi drzewo, ustawiając się tak, by oddzielało go od jego zdobyczy. Szelest się zbliża, a chrumkaniu towarzyszy teraz sapanie.
 
Mężczyzna, opierając się o drzewo, przyjmuje odpowiednią pozycję. Z prawie nadnaturalną zwinnością odpycha się od pnia i okrąża go, poruszając się wzdłuż niego i unosząc się przy tym nad ziemią. Ląduje na wprost dzika, który właśnie ryje ziemię na polance – nożem zadaje szybkie jak błyskawica cięcie w kark zwierzęcia. Przestraszone zwierzę nie ma czasu na reakcję, bo mężczyzna wskakuje na jego grzbiet, kolanami ściska boki i chwyta za sierść na grzbiecie. Bestia zaczyna wierzgać, próbując uciec swojemu oprawcy. Mężczyzna jednak nie daje się zrzucić i czeka już tylko na nieuniknione, ciesząc się nadchodzącą ucztą, na którą ciężko zapracował. Rozmyśla, jakie zioła najlepiej podkreślą naturalny aromat mięsa dzika. 
 
Po chwili walka ustaje, a podniecenie mija i ustępuje miejsca temu samemu mdłemu pragnieniu, które przywiodło go w to miejsce. Dreszczyk opuścił go nawet szybciej niż poprzednio, a on już zaczyna zastanawiać się, jak mógłby wywołać go ponownie.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>22</ID>
      <DefaultText>Widzisz mężczyznę, który z wyraźnym zmęczeniem wolno otwiera drzwi prowadzące do domu. Wchodzi do środka i rozsznurowuje buty. Pociera skronie. Gdy wkracza do obszernej kuchni, jego twarz rozjaśnia uśmiech. Woła do kogoś, odkrawając sobie pajdę chleba. Odpowiada mu jednak tylko skrzypienie domu. Z zaciśniętymi ustami cicho wychodzi z kuchni do przestronnego pomieszczenia ze schodami na piętro. Powoli przeżuwa i wspina się, wołając raz jeszcze. Nikt nie odpowiada. Jego ciało sztywnieje, gdy przekracza próg pokoju, w którym nie zastaje nic prócz pustego łóżka zasypanego spłowiałymi, filcowymi zabawkami. Poruszając się coraz szybciej, sprawdza pozostałe pokoje. Jego nawoływania stają się coraz bardziej naglące. Wciąż nikt nie odpowiada. Oznaki zmęczenia znikają, zastąpione przez łamiący strach. Sprawdza w szafkach, wannach, wszędzie, gdzie mogłoby się schować dziecko. Bez rezultatów. Wtedy właśnie dostrzega list. Tuż przy drzwiach. Ozdobiony dziwacznym symbolem wyciśniętym na woskowej pieczęci. Symbolem, który mężczyzna widział już wcześniej.
 
Osuwa się na ścianę, łkając. Nikt nie widzi jego łez.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>23</ID>
      <DefaultText>Widzisz, jak po twarzy mężczyzny przemyka szeroki uśmiech. Takim samym uśmiechem odpowiada twarz młodszej od niego kobiety, która w świetle łojowej świecy zbliża się do mężczyzny. Powoli, lecz pewnie, smakując oczekiwanie na jego języku i pożądanie na własnym.

Świeca migocze, a rzucane przez nią żółto-brązowe światło zakrada się do mozaikowych oczu mężczyzny. Kobieta siada wygodnie, zdając sobie sprawę z jego lśniących rogów i zabrudzonej, niebieskiej skóry. Jego odmienność zapiera jej dech w piersiach, ale trudno ci powiedzieć, czy jest zafascynowana, czy przerażona. Mężczyzna wyciąga dłoń i przesuwa ją wzdłuż krawędzi twarzy kobiety, nęcąc ją syczącym, zalotnym szeptem. Coś w kobiecie pęka, a uśmiech mężczyzny staje się szerszy, gdy językiem zaczyna wodzić wzdłuż jej szyi, zatrzymując się o włos od jej skóry.

„To, o czym mówiliśmy... twój mąż...”

„Nie powinnam. To go zrujnuje.” Jej protest jest jednak niemrawy.

Mężczyzna cmoka i żartobliwie grozi jej palcem. Następnie prowadzi go w dół, wzdłuż jej wijącego się tułowia. Przerywa, a kobieta gwałtownie nabiera powietrza.

„Tak nie można! Oszukujesz!” Skarży się jak dziecko.

„Nie oszukuję, jeśli to my ustalamy reguły.” Mężczyzna puszcza do niej oko i kontynuuje pieszczoty.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>24</ID>
      <DefaultText>Widzisz, jak szybujący w powietrzu mężczyzna rozbija się o pobliską ścianę z przyprawiającym o mdłości chrzęstem. Nie wstaje. Jego oprawca – krzepki, postawny woj z drapieżnym uśmiechem na twarzy – odwraca się, a jego pięść ląduje na brzuchu drugiego agresora, usuwając tym samym kolejnego uczestnika tej spontanicznej burdy. Bar przypomina jedno wielkie kłębowisko łokci, kolan, pięści i stóp, bez końca i początku. Mężczyzna jest ewidentnie w swoim żywiole.
 
W rogu zbierają się trzej drobniejsi mężczyźni, zerkają złowrogo na postać pośrodku sali i rozmawiają cicho. Walczący mężczyzna, chichocząc, rozbija właśnie krzesło na jakiejś wytatuowanej głowie. Trójka mężczyzn rozchodzi się w trzy różne części pomieszczenia i na jeden znak chcą atakować. Jednak nie mają szczęścia – woj ich spostrzega. W jego oczach pojawia się dziwny błysk i cała trójka pada na podłogę, pogrążona w agonii czerpiącej swe źródło jedynie z ich umysłów. 
 
Krzepki mężczyzna kłania się pozbawionym przytomności i obezwładnionym postaciom, po czym opuszcza pomieszczenie wolnym krokiem, fałszywie przy tym pogwizdując.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>25</ID>
      <DefaultText>Widzisz tłum zgromadzony na środku dziedzińca. Pomiędzy zebranymi stoi mężczyzna. Kapturem zasłania twarz, a pelerynę mocno wiąże pod szyją. Tłum otacza platformę i obserwuje w skupieniu, jak dwóch strażników miasta prowadzi na nią mężczyznę, który choć ma skute ręce i nogi, nosi się jak arystokrata i nie raczy nawet rzucić okiem w stronę zebranych.
 
Zakapturzony mężczyzna szczelniej zasłania twarz i umyka, garbiąc się, by nie zostać rozpoznanym. Herold na trybunie rozwija pergamin i zaczyna odczytywać zapisy. Oddalający się mężczyzna nie zwraca jednak na to uwagi. Głos herolda staje się coraz głośniejszy w miarę jak okrzyki tłumu zaczynają mu przerywać. Szyderstwa i krzyki nasilają się, a z każdym kolejnym zakapturzony mężczyzna wzdraga się i opuszcza ramiona coraz niżej. Udaje mu się wydostać z tłumu. Jest już przy krańcu dziedzińca, gdy herold kończy odczyt. Tłum cichnie i tylko sporadycznie rozlega się pojedynczy okrzyk. Mężczyzna ogląda się za siebie, by spojrzeć na platformę, i widzi, jak jego ojciec klęczy przed pniem katowskim z odsłoniętą szyją.
 
Kat przybiera pozycję, unosząc topór do uderzenia. Mężczyzna, nie mogąc na to patrzeć, odwraca się gwałtownie. Słychać grzmotnięcie, któremu towarzyszy odgłos przerzynanych tkanek, a tłum wybucha radością i oklaskami. Dochodząc do siebie, mężczyzna opiera się o ścianę. W końcu prostuje się i z determinacją wymalowaną na twarzy rusza przed siebie, byle dalej od tłumu i swojego dziedzictwa.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>26</ID>
      <DefaultText>Widzisz grupę awanturników otoczoną tłumem nacierających xauripów. Twoją uwagę przykuwa mężczyzna, który wydaje się nie zwracać uwagi na bitwę. Sprawia wręcz wrażenie zupełnie nieobecnego – stoi między towarzyszami, śpiewając, a na jego twarzy rysuje się uniesienie. Jego głos jest mocny i głęboki, rozlega się ponad głowami walczących, stanowiąc przeciwwagę dla chaosu walki.
 
Z każdą kolejną frazą pole bitwy ulega zmianom. Towarzysze mężczyzny jaśnieją pulsującym niebieskim światłem, które mrozi otaczające ich xauripy. Płonący stos wyrasta spod ziemi, raniąc i parząc pierzchające stworzenia. Nagle jeden z poległych xauripów gwałtownie eksploduje, a z jego trzewi wypełzają olbrzymie robale i zaczynają atakować pozostałe stwory.
 
Mężczyzna śpiewa dalej, całkiem pochłonięty radosną chwilą. W końcu na placu boju zostaje ostatni wróg. Sprzymierzeńcy przyglądają się, jak mężczyzna podchodzi do niego i nie przestając śpiewać, chwyta młot i zamierza się na xauripa. Pieśń kończy się w momencie, gdy młot miażdży głowę stworzenia – zaklęcie zostaje przerwane.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>27</ID>
      <DefaultText>Widzisz, jak w zamku powoli i delikatnie obraca się klucz. Słychać subtelne kliknięcie. Dwie postaci wślizgują się do środka, zamykając za sobą drzwi. Rozpoczynają poszukiwania, które szybko przynoszą efekty w postaci sporej kolekcji dokumentów i aksamitnych sakiewek o nietypowym kroju. Zręczne dłonie napełniają kieszenie, worki i torby. 
 
Naraz drzwi wejściowe się otwierają i wszystko zamiera. Kroki. Chichot, który zdradza jednak zmęczenie. Złodzieje otwierają szeroko oczy i z urywanym oddechem opróżniają kieszenie, zostawiając sobie tylko to, co konieczne – pozbywają się łupów, które mogłyby ich zdradzić najmniejszym nawet dźwiękiem. Na dole zalega cisza, przerwana po chwili odgłosem niepewnych kroków na schodach. Słychać czyjeś wołanie. Jeden ze złodziei zaczyna się skradać, nie zważając na nerwowe, przywołujące go z powrotem gesty drugiej postaci. Przesuwa się dalej, przykucając przy poręczy. Dostrzega jarmarczny bucik – i… popycha. Kobieta upada z urywanym krzykiem, jej bezwładne ciało stacza się bez życia w dół schodów. 
 
Wypowiadając przekleństwa, złodziejka przyciąga do siebie brata i oboje rzucają się do ucieczki. Po drodze zabierają wszystko, co ma jakąś wartość i da się unieść.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>28</ID>
      <DefaultText>Widzisz grupę elfów stąpających uważnie pomiędzy zaroślami, z rękami zaciśniętymi na broni i oczyma utkwionymi w ściółce. Poruszają się cicho i płynnie. Znać, że to wytrawni łowcy. Ptaki zrywają się do ucieczki na dźwięk dochodzącego z oddali głuchego odgłosu, a grupa obiera kurs na jego źródło. Na przedzie kroczy zwiadowca z łukiem gotowym do strzału. Cały aż drży w skupieniu. Unosząc rękę, przeskakuje przez wystający korzeń. Grupa wstrzymuje marsz i chroni się pomiędzy powykręcanymi, wiekowymi pniami. 
 
Wszystko na moment zamiera, a potem sam las powstaje na powitanie wędrowców. Stworzenie jest olbrzymie, dwukrotnie większe niż największy elf, a jego ciągnące się w nieskończoność ramiona-liany oplatają się wokół kostek, rąk i nóg członków grupy. Jeden z elfów pada i z trzaskiem zostaje odrzucony wprost na jedno z drzew. Inny, próbując uniknąć pełzającego pnącza, ślizga się i zanim się obejrzy, już jest ciasno spętany wokół pasa. Powietrze robi się gęste od strzał, którymi łucznik stara się osłaniać kompanów. Nagle rozlega się przeraźliwe wycie. To rapier odrąbuje jedno z ramion kreatury, na chwilę ją obezwładniając. Korzystając z okazji, łucznik podmienia strzały, podpalając wilgotne drzewce błękitnym ogniem. Zajmująca się ogniem ogromna masa pnączy wydaje pisk, atakując w furii wszystko, co znajduje się na jej drodze. Dwa elfy leżą nieprzytomne, kolejny martwy – w jego czaszce zieje wielki otwór. 
 
Stworzenie w końcu pada, jednak nikt nie świętuje zwycięstwa. Grupa posępnie krząta się przy rannych i poległych.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>29</ID>
      <DefaultText>Wyraźnie słyszysz jakieś dźwięki, ale dopiero po chwili coś dostrzegasz. Krzyk rozdziera powietrze w momencie, gdy szczątki kobiety – miazga z krwi i kości – zwalają się na ziemię. Obok pada kolejna ofiara – sparaliżowana mocą, której nie potrafi się przeciwstawić i rozpłatana na pół magicznym ostrzem. Wyżej widać pajęczą sieć i dwa uwięzione w niej ciała owinięte w kokon. Są idealnym pożywieniem dla stada pająków-gigantów, które właśnie urządzają sobie wielką ucztę. Poniżej tkwi dygocący ze strachu i rozpaczy człowiek. Jest zupełnie nieświadom, że właśnie zmierza ku niemu jedna z kreatur, cicho opuszczając się na mocnej, pajęczej nici. W ostatniej chwili nieszczęśnik zostaje odepchnięty przez innego mężczyznę – ten jednak nie zdoła już uciec przed pająkiem. Pająk porywa go i zatapia w nim parę kłów wielkości byczego rogu. Rozlega się straszliwy wrzask.
 
Inny mężczyzna śmieje się i rzuca zaklęcia w mrok nocy naznaczonej śmiercią i zdradą. 
 
Ostatni z nich – ten, który został ocalony przed atakiem – zrywa się do ucieczki. Gardło ma ochrypłe od krzyku, a oczy pełne strachu i łez. Spogląda jeszcze wstecz i zawiesza wzrok na zwłokach kobiety, niepodobnej już teraz do siebie. Pierścień na jej palcu jest identyczny z tym, który sam nosi. Zwraca się teraz w stronę wyjścia i nie patrzy już więcej za siebie.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>30</ID>
      <DefaultText>Widzisz tłum zmierzający wąską drogą prowadzącą przez miasto. Tłum szydzi i wyśmiewa kobietę idącą przodem – wyprostowaną i surową. Niektórzy spośród idących rzucają w nią owocami i kamieniami, inni wykrzykują obelgi. Kobieta idzie z rękami nieruchomo zwieszonymi po bokach. Wygląda na niewzruszoną, nie wykazuje śladu emocji. Zdradzają ją tylko jej dłonie, zaciśnięte aż do zbielenia kostek.
 
Jej prześladowcy podążają za nią przez niewielkie targowisko, aż do granic miasta. Jej twarz nie traci pustego wyrazu nawet wtedy, gdy szyderstwa stają się coraz bardziej głośne i nienawistne. Gdy dochodzą do granicy miasta, z tłumu występuje mężczyzna trzymający w dłoni wielki zwój pergaminu. Ucisza tłum i nakazuje kobiecie zwrócić się w swoją stronę. Ta postępuje wedle zalecenia, odwracając się powoli i wpatrując się onieśmielająco w każdego, kto waży się napotkać jej wzrok.
 
Mężczyzna rozwija pergamin i odczytuje jego zapisy tak, by wszyscy mogli usłyszeć. Szczegółowo wylicza przewinienia kobiety, mówi o kłopotach, jakie sprowadziła na osadę i gani ją za krzywdy, jakie wyrządziła zranionym przez siebie ludziom. Następnie pyta ją, czy ma coś do powiedzenia, zanim zostanie wygnana na zawsze. Kobieta wpatruje się w niego w milczeniu z niewzruszonym wyrazem twarzy. Następnie bez słowa odwraca się i odchodzi, zostawiając osadę za sobą.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>31</ID>
      <DefaultText>Widzisz rudowłosego chłopca, już prawie mężczyznę, jak podkrada się do pantery z brzydkim, zakrzywionym sztyletem w dłoni. Pantera stąpa lekko, przeskakując od skały do skały, nic nie robiąc sobie z towarzyszącego jej zagrożenia. Wskakuje na drzewo i zwraca swoje zielone oczy ze zwężonymi źrenicami w kierunku dziecka. Mógłbyś przysiąc, że gdyby tylko potrafiła, wybuchłaby śmiechem. Mignięcie czarnej sierści i pantera znika, a chłopiec, rzucając przekleństwami, pogrąża się w zwątpieniu we własne siły. 
 
W końcu rusza dalej. Idzie tak wiele dni, tropiąc coś, czego nigdy nie udaje mu się znaleźć. Śpi krótko, po kilka godzin, po czym wyrusza w dalszą drogę – wycieńczony i przymierający głodem. Kolejny dzień mija i udaje mu się zabić królika. Wielkie, brązowe oczy zwierzęcia sprawiają wrażenie zahipnotyzowanych, gdy chłopiec z rozmachem podrzyna mu gardło i rzuca się na surowe mięso. Chłopiec krzywi się, przełykając pokarm. Gęstniejąca krew spływa mu po podbródku. 
 
Pokryty krzepnącą juchą i wyczerpany zasypia pod występem skalnym z silnym postanowieniem kontynuowania łowów po przebudzeniu. Nie musi czekać długo, bo wkrótce ze snu gwałtownie wyrywa go węszenie dochodzące z pobliskich kniei. Dłoń sięga po ostrze. Wielki, niemal trzykrotnie większy od niego czarny niedźwiedź uważnie lustruje chłopca i ostatecznie powraca do swoich poszukiwań. Kostki dłoni zaciśniętej na sztylecie bieleją. Oddech chłopca staje się płytki i gwałtowny.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>32</ID>
      <DefaultText>Widzisz kobietę przyglądającą się leżącemu przed nią ciału mężczyzny. Jego twarz pozbawiona jest wyrazu, ciało bezwładne. Kobieta opuszcza głowę, zamyka oczy i pada na kolana. Gdy znajduje się na ziemi, z jej prawej dłoni wysuwa się żelazny rondelek wprost na nogę mężczyzny. Stąd przetacza się zaraz w kałużę krwi płynącą z jego obcej już twarzy.
 
Kobieta zaczyna trząść się i podskakiwać, co wygląda trochę tak, jakby ogarnął ją szaleńczy śmiech. Jej ramiona drżą, unosi dłoń do ust, nie wydając przy tym żadnego dźwięku z wyjątkiem przypominającego czkawkę urywanego oddechu. Nagle odrzuca głowę do tyłu i zaczyna wyć.
 
Jej oddech przyspiesza, jest coraz szybszy, aż nagle ustaje całkowicie, a jej głowa podrywa się do góry. Wciąż wstrzymując oddech, rozgląda się, a desperacja wyziera z jej spojrzenia. Zrywa się z podłogi, obraca i wbiega do sąsiedniego pokoju, gdzie krzyk znowu rozdziera jej gardło. Krzyk przechodzi w kwilenie, przerywane tylko powtarzanym pojedynczym słowem „nie!”. Podchodzi do leżących w rogu trzech ciał, należących do mężczyzny i dwóch chłopców, z których żaden nie wygląda na starszego niż sześć lat. Opada, pochylając się nad nimi i przytula, płacząc. Nie wydaje z siebie żadnego dźwięku. Powtarza tylko „nie”, aż straci przytomność, nie wypuszczając ze swojej dłoni ręki mężczyzny.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>33</ID>
      <DefaultText>Widzisz bogato odzianą kobietę, która z groźnym błyskiem w oku wypytuje leżącego na ziemi nieszczęśnika. Sięga mu do kieszeni, a jej dłoń zaciska się na kartce z adresem. Uśmiecha się ponuro. Chwilę później idzie wzdłuż obskurnej alejki. Przyspiesza kroku. Ogon czai się tuż za rogiem. Już ich ma – a może to oni już mają ją. Akcja nie trwa długo. Kobieta unieszkodliwia jednego po drugim – bada ich twarze, przeszukuje ubrania, domaga się czegoś, czego nie może znaleźć. Niezadowolona rusza dalej. Jednak nie dość szybko, by uciec wyłaniającemu się zza jej pleców orlaninowi – jego sygnet błyszczy złowieszczo, gdy pada cios. Kobieta robi zwinny unik, a jej oczy płoną teraz jak pochodnie... Być może ta wyprawa nie poszła całkiem na darmo.
 </DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>34</ID>
      <DefaultText>Widzisz komnatę spowitą gęstą, duszną ciemnością. Na środku pokoju znajduje się kamienne podium, na którym umieszczono jakieś symbole. Podium jest otoczone przez sześć niewielkich podwyższeń, z których każde oddalone jest od niego o około pięć stóp i oznaczone podobną runą. Poza kręgiem znajduje się mężczyzna. Pochyla się właśnie w pobliżu podstawy jednego z podwyższeń i za pomocą niewielkiego noża próbuje zeskrobać warstwę farby, którą namalowano znajdujący się na nim symbol.
 
Następnie prostuje się, zbliża do podium i powtarza ten sam akt wandalizmu. Rozgląda się, zatrzymując spojrzenie na proszku wypełniającym bogato zdobioną wazę. Sięga do szaty i wyciąga garść czegoś, co wygląda jak pył i wrzuca to do wazy. Chwyta zdobione berło i miesza nim pył z proszkiem, a następnie wyciera jego koniec o rąbek szaty wiszącej na ścianie.
 
Zza zamkniętych drzwi znajdujących się po przeciwległej stronie komnaty do wnętrza zaczynają dobiegać głosy. Rzuciwszy wokół ostatnie spojrzenie, mężczyzna przemyka się szybko do drugiego wyjścia. Wychodzi w chwili, gdy pierwsze drzwi otwierają się i pojawiają się w nich mężczyźni przystrojeni w szaty, gotowi do odprawienia swojego rytuału. Mężczyzna kryje się w ciemnościach, zerkając poprzez zasłony zaciągnięte przy wejściu.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>35</ID>
      <DefaultText>Widzisz dyskretnie przykucniętego mężczyznę, który skrywa się w pojedynkę w zaroślach. Jego oczy są utkwione w pięknej i zarazem strasznej delemganie, która nuci coś z przymkniętymi powiekami. Ptak o fantastycznym niebiesko-pomarańczowym upierzeniu siedzi jej na ramieniu, wyśpiewując łagodne trele. Mężczyzna jest oczarowany. Wstaje, drżący i niepewny, a skrzek przestraszonego ptaka burzy spokój. Delemgana uśmiecha się nieznacznie i przyzywa go dłonią o długich i cienkich niczym gałązki palcach. 
 
Milczy, gdy mężczyzna podchodzi, z jego ust spływają słowa wyrażające podziw i uznanie. Jednocześnie wstydliwa i kusząca delemgana czeka, aż nieznośnie wolno poruszający się mężczyzna zbliży się do niej. I wtedy nagle coś się zmienia. Coś wiszącego luźno u boku mężczyzny rzuca się jej w oczy, wydobywając z niej syk, jej palce przemieniają się w szpony, a oczy ciemnieją od nienawiści. Mężczyźnie nie udaje się dobyć siekiery ani grymuaru, by obronić się przed jej atakiem. Zaś gdy tylko atak dobiega końca, delemgana znika, a o jej niedawnej obecności świadczy jedynie leżące na ziemi roztrzęsione ciało. Mężczyzna mimo wszystko chwyta grymuar i rozpoczyna inkantację. Jednak zapisane skrótowo w maniakalnej pasji słowa stworzonego przez niego magicznego języka brzmią głucho. Nic już więcej nie zakłóca ciszy. Mężczyzna obraca się i wzrusza ramionami, jakby kierując ten gest do kogoś lub czegoś. Nie potrafisz jednak dostrzec owego adresata.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>36</ID>
      <DefaultText>Widzisz mężczyznę w porcie. Wokół niego roi się od marynarzy, żołnierzy i prostytutek, ale on wpatruje się tylko w statek niknący na horyzoncie.
 
Powinien być wdzięczny, że załoga nie odebrała mu życia tak, jak odebrała mu statek. Jednak dla Vailianina smak przegranej jest tak samo gorzki, jak śmierć. Poza tym tylko bogowie wiedzą o tym, że w rodzinnych interesach kupieckich nie układa mu się najlepiej.
 
Vailianin niemal odczuwa ulgę, gdy widzi, jak ostatni symbol porażki odpływa w dalekie morze – nie musi wyprawiać się do ojca i przyznawać do kolejnego niepowodzenia. Zresztą, ze sprytem i dobrym nosem do okazji, zawsze jest szansa na powrót. 
 
Sięga do pasa po piersiówkę i pociąga długi łyk. Wszystko w swoim czasie, bez pośpiechu. Poprawia klapkę opaski na oko i odnajduje wzrokiem wieżę zamtuza. Uśmiech wykwita mu na ustach, gdy snuje zupełnie nowe plany na wieczór.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>37</ID>
      <DefaultText>Widzisz wynędzniałego chłopca zakutego w łańcuchy. Jego oczy przypominają czarne dziury i wpatrują się tępo w ścianę. Podchodzi do niego mężczyzna w ciemnym płaszczu. W dłoniach trzyma dziwacznie zagięte gęsie pióro i zwój pergaminu. Chłopiec zerka na niego bez wyrazu, niczym zwłoki oczekujące ożywienia. Mężczyzna przemawia do niego z dezaprobatą. Chłopiec stoi ze zwieszonymi ramionami. Mężczyzna podnosi pióro i zaczyna prowadzić je po piersi chłopca, przepisując kanciaste symbole z pergaminu. Dziecko pozostaje w bezruchu, gdy ostrze pióra rysuje mu skórę, znacząc pismo krwią. Mag kończy teatralnym gestem i wykrzykuje jakieś tajemne rozkazy, na dźwięk których symbole zaczynają delikatnie jaśnieć. Chłopiec krzyczy i pada na kolana, mocno uderzając w kamienną posadzkę. Jego piersi płoną czernią i czerwienią. W końcu światło bijące od symboli gaśnie, pozostawiając jedynie wytrawione na skórze blizny. Dziecko osuwa się na podłogę w drgawkach, z oczami wywróconymi do wewnątrz. Mag odchrząkuje i przed odejściem kopie jeszcze chłopca w nogę. Dziecko leży na podłodze do świtu, z tak samo pustymi oczami, jak wcześniej, pogrążone w narastających, konwulsyjnych drgawkach.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>38</ID>
      <DefaultText>Widzisz bogato ozdobione, oświetlone bladym światłem pomieszczenie. Rozrzucone po podłodze, zdobione brokatem jedwabne poduszki otaczają sofę z aksamitu. Na sofie siedzi mężczyzna w rozpiętej koszuli. Za nim stoi elfka, ubrana w podobnie strojne materiały, jak te, które zdobią pokój.
 
Jej biodra kołyszą się lekko, gdy zaczyna śpiewać i tańczyć wokół mężczyzny, który podnosi na nią zmącony upojeniem wzrok. Uśmiecha się, nucąc bezdźwięcznie wraz z nią. Jej słowa są bardzo ciche, a wraz z kolejnymi etapami pieśni światła w pomieszczeniu ciemnieją jeszcze bardziej i wszystko traci ostrość. Kobieta ujmuje twarz mężczyzny i śpiewa, zwracając się bezpośrednio do niego, dłonie prowadząc wzdłuż jego szyi, ramion, aż do momentu, gdy bierze go za ręce.
 
Powieki mężczyzny stają się ciężkie, a on sam szybko zapada w sen, osuwając się na plecy. Kobieta podtrzymuje go za ramiona, chroniąc przed upadkiem i delikatnie układając go na sofie. Gdy jego głowa znajduje się na poduszce, przestaje śpiewać. Światła ponownie się rozjaśniają i wszystko odzyskuje wyrazistość. Wsuwa dłoń do jego kieszeni i wydobywa z niej przedmiot, który umieszcza w niewielkiej skrzynce na stojącym nieopodal stoliku. Patrzy na mężczyznę, potrząsa głową i znika w ciemnościach nocy.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>39</ID>
      <DefaultText>Widzisz mężczyznę, który potyka się o własne, nieznane ci szaty. Wstaje niepewnie i idzie dalej pustą drogą. Usta ma spierzchnięte, a skórę pokrytą kurzem. Coś w wyrazie jego twarzy mówi ci jednak, że przed nim jeszcze długa droga. Gdy zapada noc, mężczyzna przystaje i szepce jakieś słowa, od których zapalają się drwa na ognisko. Wpatrując się w gwiazdy, próbuje zasnąć.
 
Idzie tak przez wiele dni, tylko czasem sięgając po bukłak z wodą. W końcu po wielu dniach staje u wejścia do świątyni. Nogi odmawiają mu posłuszeństwa i mężczyzna pada na ziemię. Mnisi przyjmują go do siebie, a on dzieli się z nimi wieściami, których znaczenie tylko oni potrafią rozpoznać. Gdy już zdrowieje, rozpoczyna wędrówkę na nowo – wzmocniony posiłkiem i odpoczynkiem, z umysłem oczyszczonym medytacją i jasno wyznaczonym celem. A czeka go daleka droga.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>40</ID>
      <DefaultText>Widzisz niewielkie zgromadzenie w pobliżu wejścia do świątyni. Przy ścianie stoi mężczyzna otoczony grupą słuchaczy. Przemawia spokojnym, wyważonym tonem, a jego głos niesie się ponad odgłosami miasta. Mówi o świecie, historii, bogach i religii. Ale także o gotowaniu, wywarach, wychowywaniu dzieci i odwiecznych przesądach. Zdaje się, że nie ma dziedziny, na temat której nie miałby chociaż pobieżnej wiedzy.
 
Ludzie zadają mu pytania, a on udziela im odpowiedzi – czasem dogłębnych i szczegółowych, a czasem bardzo ogólnikowych. Niezależnie od tego, co odpowie, jego słowa zdają się zawsze trafiać w samo sedno – ku zadowoleniu słuchaczy.
 
Ludzie przyłączają się i odłączają od grupy – grupa to się powiększa, to pomniejsza, ale nigdy nie rozprasza się całkiem. Godziny mijają, a mówca nie wygląda na zmęczonego i niestrudzenie dzieli się swoją wiedzą z każdym, kto zechce mieć z niej pożytek. W miarę tego, jak gasną światła dnia, grupa w końcu maleje na tyle, że mężczyzna kończy przemawiać. Gdy zbiera swoje rzeczy i szykuje się do odejścia, podchodzi do niego człowiek i pyta, dlaczego to robi. Nie prosi przecież o pieniądze ani o pożywienie. Jakie ma więc korzyści ze swojego działania? Mężczyzna spogląda na pytającego z namysłem i odpowiada mu w prostych słowach: „Wiedza przynosi ze sobą mądrość. W to właśnie wierzę.”</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>41</ID>
      <DefaultText>Widzisz pokój – jasny, ciepły i pełen zieleni. Nie ma w nim miejsca, które nie byłoby przystrojone roślinnością. W rogu znajdują się niewielkie kiełkujące nasiona, imponujące pnącza rozpięte są na ścianie. Choć większość roślin posadzono w jakiejś donicy, kilka z nich wyrasta także wprost z ziemi. Pielęgnowane są jednak tak samo troskliwie, jak wszystkie pozostałe.
 
Wśród tej zieleni przechadza się mężczyzna. Trzymając w ustach starą fajkę, uśmiecha się do każdej rośliny. Zatrzymuje się przy jednej z nich, by dotknąć jej listka – unieść go i zajrzeć pod spód, a potem ująć między palce i potrzeć delikatnie. Bierze niewielką garstkę ziemi, w której roślina została posadzona, i kruszy ją w dłoni. Usatysfakcjonowany wsypuje ziemię z powrotem do doniczki i zmierza w stronę kolejnej.
 
Gdy się tak porusza, nuci cichą, radosną melodię, raz na jakiś czas zatrzymując się przy wybranej roślinie, aby zaśpiewać jej kilka wersów. W końcu, złożywszy wizytę każdej, dociera do drzwi. Przystaje jeszcze na chwilę, aby się im przyjrzeć, a na jego twarzy maluje się zadowolenie. Następnie odwraca się i znika.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>42</ID>
      <DefaultText>Widzisz ciemne pomieszczenie przystrojone w jaskrawych kolorach. W pokoju znajduje się łoże pokryte poduszkami, kilka sof i drogie dywany. Na ustawionym pod ścianą krześle naprzeciw drzwi siedzi mężczyzna. Ubrany jest w ciemny strój. Czarna peleryna spowija jego postać, a kaptur przysłania twarz. Pada na niego cień, przez co mężczyzna niemal niknie w otaczającej go ciemności. Wraz z nim w cieniu skrywa się dwóch innych mężczyzn. Obserwują drzwi. Żaden z nich się nie porusza. Hałas dochodzący ze znajdującej się poniżej sali wspólnej niesie się przez podłogę.
 
Słychać brzęk klamki. Do środka wchodzi mężczyzna, ciągnąc za sobą młodą kobietę. Dwóch mężczyzn wymienia się szybkim spojrzeniem. Jeden z nich przechyla głowę i delikatnie wzrusza ramionami, zanim rzuci się wykonać zadanie. Krok naprzód i już trzyma dziewczynę za nadgarstek, jedną ręką wyszarpując ją jej towarzyszowi, a drugą zamykając drzwi. Zanim dziewczyna mogła się zorientować, że jest już w innych ramionach, dłoń zatyka jej usta. Mężczyzna wyciąga zza pasa sztylet i przykłada go jej do gardła. Stoi spokojnie, czekając, aż ofiara przestanie walczyć.
 
Drugi mężczyzna zdołał już poskromić swoją ofiarę, która tkwi teraz na krześle, skrępowana i zakneblowana. Dziewczyna zostaje położona pod łóżkiem i pozostaje tam nieruchoma, a mężczyzna, który się nią zajmował, wraca na swoje miejsce u boku tego drugiego. Wpatrują się w pojmanego mężczyznę, który próbuje krzyczeć przez knebel, jednak wydawane przez niego stłumione dźwięki giną w harmidrze dochodzącym z dołu. Jeden z nich ujmuje podbródek krzyczącego i zaczyna cicho szeptać. Na mgnienie chwili rozbłyska światło i mężczyzna o nagle spokojnym spojrzeniu przestaje walczyć. Porywacze zadają mu kolejne pytania, na które chętnie udziela odpowiedzi. Kiedy kończą, spoglądają na mężczyznę siedzącego pod ścianą, który przez cały ten czas nie poruszył się ani przez chwilę, w milczeniu obserwując bieg wydarzeń. Teraz wstaje, szczelnie owinięty peleryną, kiwając głową na pozostałych. Podchodzi do drzwi, otwiera je tylko na tyle, by się w nich zmieścić, a następnie wychodzi, pozostawiając tamtych, by dokończyli robotę.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>43</ID>
      <DefaultText>Widzisz kołyszącą się kobietę. Jej dźwięczny głos unosi się nad dziedzińcem – melodyjny i przepełniony słodyczą. Lawiruje on pomiędzy mężczyznami, a oni uśmiechają się w uniesieniu, jeden po drugim oddając kobiecie swoje serca. Kobieta zaczyna tańczyć, ale coś wytrąca ją z rytmu. Zatrzymuje się zdezorientowana, wychwyciwszy w powietrzu obce dźwięki. Opiera się, walczy. Chwilę trwa, zanim go zauważy – drobnego mężczyznę ze zrośniętymi brwiami, nucącego sobie pod nosem i burzącego rytm jej pieśni swoim staccato. Kobieta zaczyna tańczyć gwałtowniej, szerzej kołysze biodrami, a jej stopy wirują na kaflowej posadzce. Intonacja jej pieśni staje się donośniejsza.
 
Mężczyzna wykrzywia usta, wielkim wysiłkiem starając się oprzeć jej urokowi. Wtedy właśnie rozbrzmiewa nuta – kryształowo czysta, jasna i dźwięczna. Mężczyzna uśmiecha się oszołomiony, podczas gdy kobieta śpiewa dalej. Zapomina o oporze. Ten dzień należy do niej.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>44</ID>
      <DefaultText>Widzisz odzianą na czarno postać, która mocno schylona powoli przemierza pole. Niesie w dłoni lśniący miecz, który skrywa za plecami. Zbliża się do drugiego mężczyzny – ten, wczołgawszy się w zarośla, kuca i wykonuje w krzakach jakieś ruchy. Ciemna postać zatrzymuje się, gdy mężczyzna się wychyla. Widzisz, że trzyma w ręce garść jagód, które zerwał z krzaka ukrytego w zaroślach. Wchodzi teraz z powrotem między zarośla i robi to, co przed chwilą – zbiera jagody. 

Zamarła postać znów zaczyna się poruszać, chyłkiem zbliżając się do mężczyzny, który nie przerywa jednak swojej pracy. Widzisz jedynie, jak jego głowa obraca się nieznacznie w bok. Zbiera jagody, aż do chwili, gdy nadchodzący mężczyzna jest już bardzo blisko. Wtedy odwraca się z rękami pełnymi jagód, które wkłada do koszyka. Następnie kuca przed koszykiem i zaczyna je oczyszczać, usuwając liście i marnie wyglądające owoce.
 
Skradająca się postać staje za nim i unosi miecz. Wtedy mężczyzna nagle się obraca i staje twarzą w twarz z atakującym. Chwyta go za nadgarstek i przewraca się na plecy, ciągnąc za sobą napastnika. Nogą napiera na jego pierś. Czarna postać, wyrzucona w powietrze, ląduje na plecach. Zaatakowany mężczyzna szybko na nim siada, uderzając błyskawicznie dłonią kilka punktów na głowie i szyi. Pokonany mężczyzna natychmiast traci przytomność, a zwycięzca wstaje, sięga po koszyk i wkłada do niego z powrotem wysypane jagody i powraca do zbiorów.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>45</ID>
      <DefaultText>Widzisz ogień płonący niespiesznie na skraju pustej, krętej drogi. Nic go nie podsyca. Nie ma tam drew ani nafty, stogów siana ani chrustu. Mimo to ogień huczy, trzaska i wyje na wietrze. Dopiero po dłuższej chwili dostrzegasz postać w jego płomieniach. Chowa młodą twarzyczkę w roztrzęsionych dłoniach, a strugi czerwonych łez znaczą smolistą skórę. Chłopiec kuli się, oplatając rękami kolana, gdy spowija go płomień.
 
Z oddali w stronę chłopca zmierza mężczyzna. Jego twarz jest niewidoczna. Wyciąga dłoń do przestraszonego dziecka, które ociąga się chwilę trwożliwie, zanim ją uchwyci. Płomień wygasa, wycofując się z jego członków i sadowiąc się mu na głowie niczym posłuszny zwierzak. Łzy obsychają, a para kroczy wspólnie – ogień i śmierć, ręka w rękę.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>46</ID>
      <DefaultText>Widzisz bujny las, cichy i pogrążony w ciemności rozjaśnianej dopiero świtaniem. Pomiędzy drzewami spaceruje kobieta, która wydaje się być czymś urzeczona. Zdaje się nie podążać w konkretnym kierunku, a tylko wędrować niespiesznie pomiędzy grubymi pniami, spoglądając na wielkie gałęzie i raz po raz wydając cichy świergot. Gdy odpowiada jej podobny śpiew, kieruje się natychmiast w stronę, z której dochodzi – najwyraźniej nie boi się, że zabłądzi.
 
Nagle powietrze przecina głośne, metaliczne szczęknięcie, a kobieta zwraca głowę w kierunku, skąd dochodzi. Szybko rusza w tamtą stronę, niemal biegnie. W pewnej chwili, jakby właśnie zdała sobie sprawę z konieczności zachowania ostrożności, zamiera i spogląda na swoją stopę, która zawisa nad spustem dobrze zamaskowanego potrzasku na niedźwiedzia. Odchyla się i ostrożnie stawia nogę obok niego. Rozgląda się, a gniew chmurzy jej oblicze. Chwyciwszy jakąś gałąź, zwalnia spust i uruchamia potrzask. Dociera do niej kolejny skowyt, tym razem bliżej. Idzie ostrożnie w stronę uwięzionego zwierzęcia, sprawdzając uważnie, czy nie ma wokół innych pułapek.
 
Okrążywszy drzewo, dostrzega wielkiego wilka, wychudłego z głodu, z prawą tylną łapą uwięzioną w rdzewiejących zębach metalowego zatrzasku. Zwierzę patrzy na nią, z jego gardła dobywa się niski warkot, a sierść jeży się na grzbiecie. Kobieta zatrzymuje się, by poczuł jej zapach. Kuca lekko i wyciąga przed siebie ręce, wewnętrzną stroną skierowane do ziemi. „Jaki jesteś piękny!” – mówi, zbliżając się do wilka.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>47</ID>
      <DefaultText>Widzisz grupę ludzi na skrawku gołej ziemi, otoczoną przez ścielące się wokół ciała. Pośrodku, na ziemi, znajduje się niewielka postać – skulona kryje się przed kopniakami otaczających ją osób. Poza grupą stoi kobieta trzymająca w dłoni olbrzymi miecz. Zgarbiona, opiera się na nim jak na kuli i dyszy ciężko.
 
Wpatrując się w ludzi, wydaje dźwięk poirytowania, prostuje się i unosi broń. Bierze głęboki oddech i rusza, szybko zbliżając się do zebranych. Nagle z jej gardła wydobywa się mrożący krew w żyłach ryk. Opryszkowie zamierają z uniesionymi w kopnięciu nogami i wzrokiem utkwionym w przerażającej, nacierającej na nich postawnej sylwetce. Kobieta w ostatniej chwili skacze i, wyginając się lekko, zamienia się w pocisk lądujący w samym środku grupy pastwiącej się nad skuloną postacią. Zebrani chwieją się. Kobieta ląduje tuż przed nimi, koziołkuje i prostuje się w skoku, aby stanąć z nimi twarzą w twarz. Stojąc mocno na ziemi, unosi miecz i bada teren. Nagle obraca się na pięcie i z gracją wymachując mieczem, ścina najbliżej stojącego oprycha. Niesiona siłą obrotu wysuwa miecz i uderza nim w głowę niedoszłego oponenta. Rękojeść miecza roztrzaskuje skroń i mężczyzna pada u jej stóp.
 
Kobieta kieruje wyzywające i wściekłe spojrzenie na pozostałą przy życiu dwójkę. Mężczyźni wymieniają spłoszone spojrzenia i obracają się na pięcie. Uciekają, upewniając się jeszcze, czy kobieta nie podąża za nimi. Ona jednak powoli wypuszcza wstrzymywany dotychczas oddech i podchodzi do skulonej na ziemi postaci, aby pomóc jej wstać.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>48</ID>
      <DefaultText>Widzisz mężczyznę. Jego oczy skrywają się za rogowymi naroślami, zaś twarz rozdziera rozpacz. Nerwowy chód mężczyzny rozprasza drugiego, który klnie i ponownie rozpoczyna recytację. Na stole przed nimi spoczywa ciało kobiety. Jej podziurawioną klatkę piersiową i zaokrąglony brzuch pokrywa zwiotczała, blada skóra. Życie uciekło z niej już wiele dni temu, jednak mężczyzna nie zaprzestaje recytacji nad truchłem. Po jednym zaklęciu wymawia kolejne, aż strużki potu spływają po jego twarzy, piekąc w oczy i zatrzymując się na podbródku. 
 
Na moment otwierają się jasnożółte oczy zmarłej – zimne i puste. Nerwowe kroki ustają. Ciało kobiety z łoskotem opada z powrotem na stół i pozostaje nieruchome. Zrozpaczony człowiek ociera łzy smutku ze zdeformowanej twarzy. 
 
Mężczyźni wychodzą. Czas mija. Ciało krzyczy aż do rana.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>49</ID>
      <DefaultText>Widzisz zgromadzoną wokół ogniska grupę postaci ubranych w szaty. Wśród nich siedzi także znacznie młodsza i drobniejsza kobieta. Rozmawiają na temat podróży i starają się rozstrzygnąć, która droga najszybciej doprowadzi ich do celu. Nagły szelest przykuwa uwagę kilku członków grupy. Podnoszą się, pilnując jednocześnie ognia i próbują oczami przeniknąć ciemność.
 
Olbrzymia, zagadkowa postać zmierza w stronę obozu, powoli wyłaniając się z ciemności. Większość członków grupy wstaje, szykując broń. Inni cicho przywołują swojego boga, przygotowując inkantacje bitewne. Dziewczyna zdezorientowana rozgląda się wokoło, gdy nagle siedzący obok niej mężczyzna wstaje z otwartymi ramionami. Łaje przy tym pozostałych za brak gościnności i zbliża się do ogra z wyciągniętą dłonią, witając go w jego własnym języku.
 
Ogr wpatruje się w mężczyznę przez krótką chwilę, a następnie z nienaturalną dla takiego olbrzyma zręcznością bierze wymach i uderza maczugą trzymaną wcześniej za plecami. Gdy broń rozłupuje czaszkę mężczyzny, rozlega się mokry dźwięk miażdżonych tkanek. Stojąca po prawej stronie dziewczyny kobieta wydaje okrzyk i rzuca się w stronę mężczyzny. Przebywa połowę dzielącej ich odległości, jeszcze zanim ten upada. Nagle krzykom dochodzącym z obozu zaczynają odpowiadać przerażające i mrożące krew w żyłach odgłosy wydawane przez kolejne postacie wyłaniające się z ciemności.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>50</ID>
      <DefaultText>Widzisz ciemne pomieszczenie. Do środka przez pobliskie drzwi docierają hałasy. Są to odgłosy toczącej się na zewnątrz walki – przepychanki, skrzypienie metalu o metal, okrzyki bólu – przypływają i odpływają. Rozlega się wściekły ryk i do pokoju wpada xaurip, przyciskając do piersi jakąś księgę. Rozgląda się wokół, gorączkowo czegoś szukając. Podbiega do skrzynki umieszczonej na prowizorycznym stoliku w bocznej części pokoju i otwiera ją. Wkłada do niej księgę, zamyka ją i pochyla się, aby wsunąć skrzynkę pod mebel.
 
Po chwili niewielki kamień trafia go w tył głowy tak, że przesuwa się odrobinę do przodu. Kamień spada na podłogę i z łoskotem toczy się pod nogi uderzonego stworzenia, które zamiera z szeroko otwartymi oczami i dłońmi wciąż położonymi na skrzynce. Gdy grzechot toczącego się kamienia ucicha, w pokoju ponownie zalega cisza. Walka na dworze ustaje. Xaurip odwraca się i spostrzega stojącą w progu kobietę, opierającą się o barbarzyński, dwuręczny miecz.
 
 „W tej księdze są odpowiedzi, których szukam” – jej słowa przypominają warknięcie, gdy zbliża się do xauripa, który z sykiem rusza jej na spotkanie. Chwilę później kobieta podnosi kamień z podłogi, na której spoczywa także głowa stworzenia oddzielona zgrabnym cięciem od reszty ciała. Kobieta uśmiecha się, całuje kamień i chowa go do sakiewki przy pasku, czule poklepując. Następnie pochyla się, wyciąga skrzynkę spod stolika i otwiera ją, upojona swoim znaleziskiem.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>51</ID>
      <DefaultText>Na początku nie widzisz nic. Panują nieprzeniknione ciemności, a kurz całych wieków drażni twój nos. Słyszysz odgłos krzesania iskier i po chwili pomarańczowa poświata oświetla pozbawionego twarzy mężczyznę w bibliotece pełnej ksiąg. Mężczyzna mocuje pochodnię i rusza do najbliższej półki. Drżącymi dłońmi ostrożnie zdejmuje z niej czarno oprawioną księgę. Przegląda ją z miłością, pieszcząc każdą stronę, zanim przejdzie do kolejnej. W końcu wkłada księgę do naramiennej torby i chwyta pochodnię. 
 
Spędza długie godziny, przechadzając się, czytając i wybierając księgi, aż jego torba staje się tak gruba, jak on sam i o połowę tylko lżejsza. Mężczyzna kieruje się wtedy do wyjścia. Z ledwie słyszalnym westchnięciem zamyka butwiejące odrzwia. Pochodnia gaśnie.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>52</ID>
      <DefaultText>Przelotem spostrzegasz poszarpaną, szpecącą bliznę, zanim znika ona pod kapturem mężczyzny szykującego się do skoku. Delikatnymi dłońmi w rękawiczkach trzyma się krat, gdy wspina się od jednego okna do drugiego. Szybko dociera na najwyższe piętra beztroskiego miasta. Atmosfera tego wieczoru jest senna, na ulicach są pustki. Mężczyzna szybko zdobywa trzy łupy – zwój ukryty w szafce pewnej arystokratki, butelkę ciemnoczerwonego wina wyciągniętą z okopconej, zapuszczonej piwnicy oraz sakiewkę pełną monet, zabraną jakiemuś nadmiernie ogorzałemu, młodemu elfowi odurzonemu svefem. Zamawia kolację w wyszorowanej do czysta oberży o jaskrawo pomarańczowych ścianach. Posila się, między kęsami pijąc łapczywie wino, nie przestaje jednak obserwować drzwi. Prawie kończy posiłek, gdy wchodzi przez nie poważna biała elfka o czerwonych, domagających się odpowiedzi oczach. Beznamiętnie całuje ją w policzek, jednocześnie dyskretnie wsuwając zwój do jej kieszeni, a następnie powraca do stołu – teraz sporo bogatszy o złoto trzymane w dłoni.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>53</ID>
      <DefaultText>Widzisz nauczającego mężczyznę. Jego głos niesie się ponad niewielkim zgromadzeniem żarliwych akolitów. Mówi o tolerancji, samodzielności, cierpieniu i pięknie. Tłum potakuje, zgoda maluje się na twarzach zebranych, a kaznodzieja marszczy brwi. Mówi dalej o wadze gniewu, o sile nienawiści i frustracji. Grymas na jego twarzy pogłębia się w miarę jak słuchacze coraz mocniej potakują w uniesieniu. Wzywa do siebie jednego z nich, starszego mężczyznę. „Nie ma się czego bać” – mówi. „Żadna krzywda mu się nie stanie.” Z uśmiechem na twarzy mężczyzna wpada w otwarte ramiona nauczyciela, ale nagle dreszcz przebiega mu po ciele, gdy cienki sztylet przebija jego pierś. Upada na ziemię i przestaje oddychać. 
 
Przez zgromadzenie przechodzi szmer zdezorientowania. Twarz kaznodziei jest pociemniała z gniewu. „Nie ufajcie nikomu ślepo” – mówi. „Nie bierzcie świata za dobrą monetę: potworności kryją się za jego fasadą, a wy musicie być gotowi dostrzec prawdę.” 
 
Tłum się przerzedza. Ciało zostało już wyniesione, a kaznodzieja milczy. Niewielu zostało, by słuchać – to właśnie do nich się uśmiecha.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>54</ID>
      <DefaultText>Widzisz tłoczne targowisko. Kramy ciągną się wzdłuż alejek, a głosy sprzedawców nawołują przechodzących do wypróbowania towaru. Dwie kobiety spacerują w tłumie kupujących, trzymając się za ręce. Przeglądają ofertę sprzedawców, zatrzymując się na dłużej przy bukiniście wystawiającym szereg starych i pięknych tomów, dyskutując o tym, co oglądają. Jedna bierze książkę i pokazuje ją drugiej. Tamta mówi coś na jej temat i odkłada z powrotem na półkę. Wtedy chwyta ją znowu pierwsza i pospiesznie płaci, zanim zdąży zrobić to druga. Wychodzą z rynku obładowane książkami, wciąż trzymając się za ręce, blisko siebie. Najwidoczniej czują się dobrze w swoim towarzystwie.
 
Gdy idą opuszczoną ulicą, nagle jedną z nich trafia rzucony przedmiot. Odbija się on od klatki piersiowej i toczy w kierunku pobliskiego budynku. Kobieta przystaje i spogląda na przedmiot, który okazuje się być jabłkiem. Przenosi wzrok na człowieka, który nim rzucił. Nie wyróżnia się on niczym szczególnym, może oprócz gniewnego wyrazu twarzy i faktu, że ma w ręce jeszcze dwa jabłka. Mężczyzna ciska jednym z nich, nie dając kobietom czasu na reakcję – tym razem trafia drugą kobietę w czoło. Wrzeszczy w ich kierunku jakieś szydercze i nienawistne słowa odnośnie dziedzictwa i „obowiązków”. Kobieta unosi dłoń, by zetrzeć sok i miąższ z twarzy, wpatrując się w mężczyznę wyzywająco. Pierwsza z kobiet ściska jej dłoń, drugą kładąc uspokajająco na ramieniu towarzyszki. Ta jednak wydobywa z pakunków księgę i trzyma ją przed sobą, mrucząc coś pod nosem. Uwalnia dłoń i wykonuje nią falujące ruchy nad księgą, a wokół niej zaczyna formować się aura. Pierwsza z kobiet wciąż stara się ją uspokoić, jednak jej wysiłki spełzają na niczym. Mężczyzna, nie zważając na rozgrywającą się przed jego oczami scenę, bierze zamach i rzuca ostatnim jabłkiem. Kobieta unosi dłoń w kierunku zbliżającego się owocu, wystrzeliwując jarzącą się kulę energii, która rozrywa go na kawałki. Jabłko rozbryzguje się na drodze i sąsiednich budynkach.
 
Twarz widzącego to mężczyzny zmienia się. Do malującej się na niej złości dołącza teraz strach. Widoczna staje się walka, którą mężczyzna toczy sam ze sobą, nie mogąc wybrać pomiędzy ucieczką a atakiem. Druga kobieta ponownie rozpoczyna recytację. Jej dłoń jaśnieje, a oczy zwężają się. Pierwsza staje wtedy na wprost niej, tworząc swoim ciałem barierę pomiędzy ukochaną i atakującym. Delikatnie głaszcze ją po twarzy, szepcząc uspokajające słowa. Pocałunek. Wyraz twarzy kobiety się zmienia. Uspokaja się, oczy łagodnieją, a na usta powraca uśmiech. Pierwsza z kobiet także się uśmiecha i składa pocałunek na ustach drugiej.
 
„Magowskie męty” – rzuca stojący za nimi mężczyzna, na co kobiety odwracają się, wpatrując się w niego wyzywająco. Chwytają się za ręce i mijają go bez słowa, rzucając mu zaledwie spojrzenie z ukosa.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>55</ID>
      <DefaultText>Widzisz parę rękawic kolczych leżących na stole pomiędzy dwoma mężczyznami. Rękawice inkrustowane są złotym pismem runicznym i otoczone bladoniebieską poświatą. Jeden z mężczyzn stoi po jednej stronie stołu, a po drugiej znajduje się inny, odziany w magiczne szaty. Pierwszy mężczyzna wydobywa niewielką sakiewkę i wręcza ją magowi, prosząc, by przeliczył i upewnił się, czy niczego nie brakuje. Mag uśmiecha się i skinąwszy na zgodę, opróżnia zawartość sakiewki. „Chciałeś dla tych rękawic ochrony przed złodziejami i innymi podejrzanymi typami” – przemówił, wrzucając metodycznie monety z powrotem do sakiewki. „Załóż je, a nigdy ich nie stracisz!”
 
Mężczyzna powoli wsuwa dłonie w rękawice z satysfakcją malującą się na twarzy. Jego uśmiech jednak blednie, gdy znajdują się już na swoim miejscu. Rękawice migoczą przez chwilę i zaczynają delikatnie pobrzękiwać. Wcześniejsze zadowolenie szybko zamienia się w niepokój, gdy mężczyzna desperacko próbuje zdjąć rękawice z dłoni. Szarpie palcami ich otwory, jednak te kurczą się i na dobre więżą jego dłonie w środku. Metal zaczyna wrzynać się w skórę i na jego powierzchni pojawiają się już niewielkie krople krwi. Mężczyzna pada na kolana, walcząc i krzycząc z bólu. Rękawice kurczą się dotąd, aż stopią się całkowicie z jego ciałem.
 
Mężczyzna patrzy w przerażeniu na swoje ręce, a potem spogląda na maga, który właśnie kończy przeliczać pieniądze i szykuje się do wyjścia. „Teraz z całą pewnością ich nie stracisz!” – mówi, przekraczając próg i zatrzaskując za sobą drzwi, zostawiwszy mężczyznę klęczącego na podłodze i wpatrzonego w swoje dłonie.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>56</ID>
      <DefaultText>Widzisz niewielką grupę ludzi zebranych wokół ruin domu. Rumowisko rozciąga się od tego domostwa przez całą osadę. Nie ma ani jednego budynku, który by się ostał. Gruz wala się wszędzie.
 
Jeden z członków grupy pochyla się nad czymś, co dostrzegł w rumowisku. To on, ten młodzieniec, prawie jeszcze dziecko. Mężczyzna kładzie dłoń na jego ramieniu i potrząsa chłopcem. Ten nie wydaje żadnego dźwięku i w żaden sposób nie odpowiada na gesty mężczyzny, który spogląda na pozostałych członków grupy i, wzruszywszy ramionami, wstaje, aby do nich dołączyć.
 
Wtedy nagle chłopiec podnosi się z szeroko otwartymi oczami. Wycofuje się niezgrabnie, starając się pozostać jak najdalej od zebranych i rozgląda się wokoło w przerażeniu. Grupa jednomyślnie rusza w jego kierunku, na co chłopiec reaguje krzykiem i próbą dalszej ucieczki. Z grupy wyłania się kobieta i wyciągając przed siebie ręce, zatrzymuje pozostałych. Zwraca się do zebranych gniewnie, nakazując im gestem pozostanie na miejscu. Sama spogląda na chłopca, który próbuje właśnie przecisnąć się przez pozostałości ściany budynku. Dziecko wydaje się przy tym nie zdawać sobie sprawy z tego, że coś go zatrzymało. Kobieta wolno zbliża się do niego, wyciągając dłonie i przemawiając cichym, uspokajającym głosem. Przez pewien czas chłopiec nawet jej nie słyszy, tylko zaciska powieki i zapiera się o ścianę w oczekiwaniu na atak. W końcu słowa kobiety przebijają się przez mur strachu i docierają do chłopca, który otwiera nabiegłe łzami oczy i wpatruje się w nią, gdy ta wyciąga ku niemu rękę. Patrzy na nią i wydaje się zdezorientowany. Po chwili jednak z wahaniem ją przyjmuje. Kobieta ujmuje jego dłoń i pochyla się, by pomóc mu wstać.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>57</ID>
      <DefaultText>Widzisz orlanina ślęczącego nad do połowy narysowaną mapą, starannie cieniującego linię za linią. Notatki pachną morską wodą, rozmazane bazgroły pokrywają plątaninę ilustracji i pomiarów. Każde pociągnięcie kończy z dużą precyzją, a później prowadzi kolejną kreskę – powoli i z rozmysłem. Wszystko jest tu na swoim miejscu. Z oddali dobiega delikatny dźwięk dzwonka i mężczyzna przerywa pracę. Odkłada pióro i sięga po sztylet, który wsuwa za pasek. Otwierając drzwi prowadzące do sklepu, przywołuje na twarz uśmiech i zagaduje do klienta – starszego krasnoluda o posiwiałej brodzie. Krasnolud dopytuje się o kilka artykułów, przymierza kilka sztuk zbroi, parę karwaszy, ale nic zdaje się nie przykuwać jego zainteresowania. Chrząkając, wychodzi – trochę zbyt pośpiesznie i zbyt nerwowo. Sprzedawca ciężko wzdycha, zdejmuje kuszę ze ściany i zamyka za sobą drzwi. Przy dźwięku dzwonka bełt kuszy jest niemal niesłyszalny, nawet wtedy, gdy dosięga celu i zatrzymuje zbiegłego złodzieja. Sprzedawca podchodzi niespiesznie do wyjącego z bólu mężczyzny, by z kamienną twarzą przeszukać mu kieszenie. Znajduje w nich miksturę, sakiewkę srebrnych monet, kilka zwojów. Złodziej się spisał. Choć, prawdę mówiąc, mogło mu pójść lepiej.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>58</ID>
      <DefaultText>Widzisz niewielkie stadko wron na drodze gruntowej przecinającej wyschnięte ziemie uprawne. Ptaki towarzyszą orlaninowi, który wolnym krokiem zmierza tą drogą do jakiegoś celu. Podążając za nim, wrony czasem podskakują, czasem podfruwają, ale zawsze trzymają się z tyłu. Raz na jakiś czas któraś siada mu na ramieniu, jednak zaraz wraca do swoich pobratymców.
 
Gdy wędrowiec zbliża się do niewielkiej osady, jedna z wron siada na nim i zaczyna krakać w podnieceniu. Orlanin uśmiecha się, kiwając głową, jakby przytakiwał. Wyjmuje z kieszeni kawałek chleba i wręcza ptakowi, który porywa zdobycz i odfruwa nieco dalej, by zjeść swoją nagrodę w spokoju. Nadbiegają zwabione krakaniem dzieci – sprawdzają, kto się zbliża.
 
Gdy przed orlaninem gromadzi się już spora widownia, unosi on obie ręce, na których natychmiast przysiadają szkolone w tej sztuczce wrony. Kołyszą się, kracząc niemal jednogłośnie, a mężczyzna stoi, nucąc cicho jakąś żywą melodię. 
 
Spogląda na dzieci i zaczyna opowiadać im dziwne rzeczy. Mówi o różnych rodzajach krakania wron i o tym, co każde z nich oznacza. Opowiada o hierarchii w stadzie, wronich królach i królowych z dawnych czasów oraz o ich królestwach. Przemawia tak przez pewien czas, bez przerwy utrzymując na rozpostartych ramionach ciężar pół tuzina ptaków.
 
W końcu zmęczony opuszcza ramiona, a wrony zrywają się do lotu. Kręcą koła nad jego głową i oddalają się, szybując we wszystkich kierunkach niczym tornado czarnych piór niknące w świetle dnia. Rozradowane krzyki niosą się drogą, gdy dzieci zmierzają z powrotem do miasteczka. Orlanin stoi samotnie, patrząc, jak jego stado znika w oddali.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>59</ID>
      <DefaultText>Widzisz spoczywające na stole ciało. Wokół niego uwija się zespół czarnoksiężników i uzdrowicieli wykrzykujących instrukcje i magiczne formuły. Pulsujące kryształowe urządzenie umieszczone wewnątrz klatki piersiowej leżącej na stole postaci paruje nieznacznie w magicznie schłodzonym pomieszczeniu. Uzdrowiciele zszywają skórę, podczas gdy kapłan mamrocze lecznicze zaklęcia. Wreszcie kończą – ciało znów stanowi jedność. 
 
Czarnoksiężnicy gromadzą się, by odprawić wieńczący dzieło magiczny obrzęd – skomplikowany rytuał, podczas którego pot leje się z nich strumieniami. Pozostali obserwują. Nagle przez drżące ciało przebiega impuls elektryczny, a powieki to otwierają się, to zamykają. Zapada cisza. Przez moment znajduje się on pomiędzy żyjącymi, ale jednak coś poszło nie tak. Rozlega się jego krzyk – i już go nie ma. Zebrani wychodzą w milczeniu, czują się pokonani. Coś nieuchwytnego pozostało jednak na miejscu. Coś, co krzyczy bezgłośnie, po raz pierwszy widząc swoje ciało.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>60</ID>
      <DefaultText>Widzisz dwie postacie – człowieka i aumauanina – oraz innego mężczyznę stojącego naprzeciwko nich. Człowiek obok aumauanina po prostu stoi, ale widać, że jest wściekły. Natomiast aumauanin wrzeszczy z gębą czerwoną ze złości. Pochyla się, z jego ust płynie nieprzerwany strumień bezeceństw, a jego twarz staje się teraz niemal purpurowa. Lżony mężczyzna stoi spokojnie, a na jego twarzy widnieje speszony uśmiech. Przy korpulentnym boku nonszalancko trzyma opuszczony rapier, jednak dłoń o pobielałych kłykciach mocno zaciska się na uchwycie.
 
Aumauanin przestaje na chwilę wrzeszczeć, aby zaczerpnąć oddechu. Mężczyzna korzysta z okazji i zaczyna mówić z uniesioną prawą ręką. Próbuje załagodzić sytuację i zatrzymać potok wylewanych na siebie pomyj. Ale aumauanin z poirytowanym chrząknięciem ucisza mężczyznę, dźgając go palcem w splot słoneczny i pozostawiając go tam na chwilę dla wzmocnienia efektu.
 
Mężczyzna przechyla głowę i spogląda na wymierzony w siebie palec. Następnie, nie poruszając głową, przenosi spojrzenie na aumauanina, który zdążył już się zorientować, że przesadził, choć jest już za późno. Mężczyzna chwyta jego dłoń, ściska ją i wykręca. Rozlega się głośny trzask i aumauanin krzyczy z bólu. Mężczyzna podnosi rapier i zadaje nim cios, korzystając z rękojeści jako dodatkowego obciążenia. Znowu słychać trzask i aumauanin upada z nosem broczącym krwią.
 
Spojrzenie drugiego mężczyzny, który stoi nad bezwładnym ciałem towarzysza, natyka się teraz na wymierzone w siebie płaskie i nieprzyjazne ostrze rapiera, na drugim końcu którego majaczy poważne oblicze. Unosi więc ręce w poddańczym geście i wycofuje się, a znalazłszy się w pewnej odległości, rzuca się do ucieczki. Mężczyzna z rapierem oddala się, a na jego twarz powoli powraca uśmiech.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>61</ID>
      <DefaultText>Widzisz utykającego mężczyznę w obdartym ubraniu – ma pokrwawione kolana i martwe spojrzenie. Jest zlany potem, ale prze naprzód. Jego plecy są zgarbione jak u człowieka, który poniósł klęskę. U jego boku wisi łuk, którego nieużywana cięciwa dawno już zwiotczała. Nic nie widząc, przedziera się przez poszycie, nie zważając przy tym na nic poza dźwiękami własnego cierpienia. 
 
Natyka się na łanię z brzuchem wybebeszonym na ściółkę. Para buchająca ze zwierzęcia unosi się w ciemną, zimną noc. Z góry mężczyznę obserwuje stelgaer, siedzący na gałęzi olbrzymiego, obalonego drzewa. Mężczyźnie zajmuje chwilę zorientowanie się w grożącym mu niebezpieczeństwie, ale gdy już to robi, wydaje się być nawet zadowolony. Stelgaer wychyla się, obserwując go uważnie. Gdy zeskakuje z drzewa, jego rozdęty brzuch niemal szoruje po ziemi. Mężczyzna rzuca mu się na spotkanie. Przez krótką chwilę, jaką trwa to starcie pomiędzy człowiekiem i bestią, czas jakby zwalnia. Stelgaer wyje, zamierzając się na mężczyznę pazurami, po czym szybko przygważdża go do ziemi. Wpatrując się żółtymi oczami w ofiarę, dysząc żrącym oddechem, gotowy jest zakończyć starcie. Jednak nagle rozlega się mokry dźwięk rozcinanej skóry i to stelgaer leży wypatroszony od szyi po zad. 
 
Mężczyzna oddycha głęboko, usmarowany krwią, ociężały. „Nie dzisiaj. Nie dzisiaj.”</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>62</ID>
      <DefaultText>Widzisz kobietę o ciemnej, zaniepokojonej twarzy. Przedziera się po takielunku w stronę rufy, krzycząc jak oszalała do załogi. Statek nie obraca się dość szybko. Kobieta patrzy na kapitana, który bez słów wpatruje się w zbliżający się okręt. Liny kaleczą jej dłonie, gdy skacze z jednej na drugą i wrzeszczy na kapitana, by zaczął działać, objął dowództwo, COŚ zrobił. Za co mu płaci, jeśli nie za obronę statku przed piratami? 
 
Dźwięk przerzucanych drabin obwieszcza początek zajęcia statku. Kobieta pędzi co tchu pod pokład i przeskakując po trzy stopnie naraz, wpada do ładowni. Przebiera w skrzyniach i szuka czegoś po omacku. Znalazła – garłacz, kompletnie naładowany. 
 
Nagle ktoś chwyta ją od tyłu. Kobieta podrywa się, obraca i strzela. Siła wystrzału odrzuca ją plecami wprost na ścianę, za to atakujący pada pozbawiony połowy czaszki oraz ręki. Wspinając się po schodach, kobieta przeładowuje broń. Wraz z załogą atakuje siły najeźdźców. Unosi brew, widząc jak piraci padają jak muchy. Najwidoczniej nie tego się spodziewali, gdy obierali sobie jej statek za cel.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>63</ID>
      <DefaultText>Na ziemi dostrzegasz modlącego się bezgłośnie mężczyznę. Jego usta poruszają się w rytm nieznanego ci, starożytnego hymnu. Spoczywający w jego dłoniach miecz iskrzy się oślepiającym, białym światłem i wypędza panujący dotychczas mrok w odległe zakamarki kątów i półek. Mężczyzna, nie przerywając modlitwy, powoli otwiera oczy. Przyzwyczaja się do światła, a jego twarz tężeje w skupieniu. Wstaje i rusza w kierunku olbrzymich, żelaznych wrót – na ich rdzewiejącej powierzchni widnieją osobliwe symbole. Zaczyna modlić się na głos, z każdym krokiem coraz głośniej i potężniej. Błękitne oczy mężczyzny płoną z podniecenia, gdy przykłada czubek miecza do środkowej części wrót i przeszywa je ostrzem broni. Przy dźwiękach pieśni paladyna białe światło rozlewa się na powierzchni drzwi, a wyryte symbole budzą się do życia. 
 
Słychać delikatny dźwięk niosący się po antycznej konstrukcji. Wrota poczynają się rozwierać. Symbole wraz z kryjącą je rdzą znikają. Paladyn wkracza w nieznane, niosąc światło, którego moc dopiero zaczyna pojmować.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>64</ID>
      <DefaultText>Widzisz groźne wyglądającego aumauanina, który trzyma za nadgarstek stojącą przed nim kobietę. Unosi jej rękę, niemal całkowicie odrywając ją od podłogi. Pochyla się i przybliża swoją twarz do jej twarzy. Kobieta uśmiecha się pokornie i zza pleców wysuwa wolną dłoń, w której trzyma dopiero co ukradziony naszyjnik. Aumauanin spogląda na nią przelotnie i zerka na ozdobę. Wolną ręką wydziera jej naszyjnik i wpycha sobie za pazuchę.
 
Unosi kobietę wyżej, tak że jej stopy nie dotykają już ziemi i rzuca ją wprost na ścianę stojącego za nią budynku. Kobieta upada z okrzykiem bólu. Osuwa się na ziemię i spogląda na górującego nad sobą aumauanina. Ten bierze zamach zaciśniętą pięścią, ale zatrzymuje się nagle… Chęć mordu w jego oczach ustępuje miejsca zdziwieniu. Odwraca się, trzymając się za tył głowy, gdzie pojawił się krwawy kołtun. Za nim stoi starszy mężczyzna z buławą w dłoni i przewrotnym uśmiechem na ustach. Aumauanin wydaje z siebie groźny dźwięk i rusza na niego. Mężczyzna wychodzi mu na spotkanie, wymachując buławą po wznoszącym się łuku. Rozlega się mocny trzask, gdy broń trafia w szczękę aumauanina, odrzucając do tyłu jego głowę i powstrzymując natarcie. Trafiony stoi ze zwieszonymi rękami, starając się dojść do siebie. Korzystając z okazji starszy mężczyzna bierze zamach buławą trzymaną oburącz, przenosząc na nią cały swój ciężar. Gdy trafia aumauanina w głowę, ten upada nieprzytomny na ziemię.
 
Mężczyzna zwraca się teraz do kobiety, która wciąż siedząc na ziemi próbuje zrozumieć, co właśnie się stało. Wyciąga do niej dłoń z lekko przywołującym gestem. Kobieta przyjmuje ją z wahaniem, spoglądając na mężczyznę z ukosa. „Porozmawiajmy” – mówi wybawca z uśmiechem.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>65</ID>
      <DefaultText>Widzisz słabo oświetloną ulicę biegnącą między rzędami budynków. Większość mieszkańców jest już pogrążona we śnie, jednak jeden budynek, położony na brzegu kanału, nic sobie nie robi z nocy – jest jasno oświetlony i hałaśliwy. W ciemności stoi aumauanin. Skulony, by chronić się przed chłodem cienia, trzyma się z dala od wszystkiego. Obserwuje drzwi zalanego światłem budynku i uważnie je bada. Na bocznej ścianie budynku wisi szyld. Ledwie widoczny w ciemności napis głosi „Gęś i Lis”. 
 
Poruszenie wewnątrz powoduje, że aumauanin nagle ożywia się. Skrywa twarz za peleryną, a jego nieco urywany oddech przyspiesza. Jego podekscytowanie jest wyraźnie wyczuwalne. Drzwi otwierają się i ze środka bucha kakofonia śmiechów i krzyków. Światło wylewa się na ulicę, oświetlając samotną postać w progu. Aumauanin występuje naprzód, unosząc prawą dłoń na wprost postaci – z wnętrzem skierowanym w dół i z wyprostowanymi palcami. Postać opuszcza „Gęś i Lisa”. Odchodząc chwiejnie wprost w ciemność, zatacza się lekko po drodze w dół ulicy.
 
Aumauanin podąża za tą postacią, mamrocząc jakieś słowa i delikatnie poruszając dłonią. Czubki jego palców jaśnieją delikatnie i parują w chłodnym powietrzu. Przyspiesza z zamiarem dogonienia postaci niknącej w mroku nocy. Potrząsa dłonią raz jeszcze, a jego palce stają w ogniu, którego światło ujawnia szaleńcze zadowolenie tańczące w jego oczach. Szczęśliwy, dogania postać, oddychając bardzo szybko i wyszeptując imię: „Keronne”. Postać nieznacznie podskakuje i zaczyna się odwracać, a w tym samym momencie aumauanin wyciąga rękę, kierując palce wprost na nią.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>66</ID>
      <DefaultText>Widzisz dziewczynkę w poszarpanych ubraniach. Z lampą oliwną w dłoni zmierza w dół alejki. Zdrętwiałe z zimna stópki w ubrudzonych błotem skarpetkach dzielnie prą naprzód. Dziecko jest wpatrzone w wypełnioną sianem stodołę, do której zmierza. Dziewczynka gmera w zamku przy pomocy spinki. Pomimo panującego zimna wprawnie go otwiera i wsuwa swoją wychudłą postać do środka. Gdzieś pomiędzy czynnością zamykania drzwi a opadaniem na podłogę, lampa wysuwa się jej z dłoni. Płomienie delikatnie muskają siano, jakby tylko je badały, jednak po chwili sięgają po nie coraz zachłanniej. Dziewczynka krzyczy.
 
Na zewnątrz kobieta przedziera się przez ulice, kierując się w stronę krzyków i dymu. Mimo że nie dostrzega jeszcze płomieni, jej dłonie wykonują gest, a z jej palców wylatują trzy ledwie widzialne pociski mocy, które rozbiją w proch drzwi do stodoły. Powoduje to jednak wyłącznie dodatkowe rozochocenie płomieni. Krzyk cichnie. Kobieta zbroi własną skórę w żelazo i mamrocząc modlitwę, rzuca się w ogień, który syczy, głodny nowych ofiar. Kobieta odpowiada mu furią, mrozem i gradem. Nie pozwoli się zdominować. To ogień zostaje pokonany.
 
Dziecko jest słabe, z płucami wyschłymi od dymu, ale żywe. Kobieta niesie je na rękach wśród wiwatów i aplauzu, a po jej srebrnej twarzy spływają strużki potu.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>67</ID>
      <DefaultText>Widzisz elfkę, której blada cera sprawia, że jej twarz jest niemal niewidoczna wśród opadającego śniegu. Kobieta jest owinięta w białe futro. Mruży oczy porażone wszechobecną jasnością. Porusza się szybko, ledwie odciskając w śniegu ślady stóp, co chwilę zerkając za siebie. Nagle rozlega się skowyt, do którego dołączają kolejne. Kobieta wysyła z wiatrem modlitwę i biegnie co tchu. Wilki zbliżają się szybko, bez wysiłku sadząc susy w jej kierunku. Kobieta sięga po księgę z zaklęciami, ale tkwi ona ciasno przymocowana skórzanym paskiem do jej pleców. 
 
Miota przekleństwo i zmienia kierunek biegu, zmierzając ku lodowemu występowi. Słyszy teraz wyraźnie ich charczące, gorące oddechy unoszące się w mroźnym powietrzu. Ciężko dysząc, marszczy nos pod strugami lepkiego potu zalewającego twarz. Próbuje biec jeszcze szybciej. Wreszcie z westchnieniem ulgi dopada lodowca – i znika. Ze stłumionym łoskotem wpada do niewielkiej szczeliny. Wstrzymuje oddech, gdy na górze zupełnie zdezorientowane wilki węszą za nią w śniegu. Nie może opanować drżenia – z zimna lub strachu – postanawia to wszystko przeczekać.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>68</ID>
      <DefaultText>Widzisz niewielki, pełen rozmaitości stragan na kółkach. Przy nim stoi kobieta żywo rozmawiająca z mężczyzną, który trzyma w ręce jeden ze sprzedawanych przez nią przedmiotów. Przekupka o jasnej i przyjaznej twarzy stara się właśnie wyjaśnić klientowi, w jaki sposób sprawować kontrolę nad przedmiotem. Mężczyzna porusza nad nim dłońmi i mamrocze słowa przypominające nonsensowną paplaninę. Po kilku próbach mężczyzna wydaje groźny pomruk i gwałtownie oddaje rzecz kramarce, po czym zbiera się do odejścia.
 
Zatrzymuje się jednak, gdy kobieta kładzie mu rękę na ramieniu i umieszcza odrzucony przed chwilą przedmiot na wysokości oczu. Prowadzi nad nim palcem, wolno i wyraźnie powtarzając tę samą frazę. Wtedy przedmiot nagle rozbłyska, dając światło jasne niczym pochodnia. Na ten widok mężczyzna także się rozjaśnia i patrzy na kobietę wyczekująco. Ta prowadzi dwa palce wzdłuż przedmiotu, który zaraz gaśnie. Wręcza go wtedy klientowi i staje za nim, prowadząc jego dłonie i wyszeptując do ucha słowa, które ma powtórzyć. Po wielu nieudanych próbach klient potrafi już rozjaśnić przedmiot przy każdym podejściu.
 
Zachwycony oddaje go kramarce, a ta udaje się z nim za stragan. Gdy mężczyzna szuka właściwej monety, kobieta odkłada przedmiot na półkę z tyłu straganu, wymieniając go na inny, wyjęty z niewielkiego, stojącego obok pudełka. Następuje wymiana pieniędzy na towar i zadowolona z interesu kobieta patrzy na odchodzącego mężczyznę. Następnie zaczyna przyglądać się ludziom w tłumie, szukając wzrokiem kolejnej ofiary.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>69</ID>
      <DefaultText>Widzisz imponujące zgromadzenie dzikich orlan przystrojonych w odświętne szaty, kryjących się w cieniu dębowego zagajnika. Pod największym drzewem stoi para. Dłonie trzymają złożone, a oczy mają jasne, gdy przysięgają sobie wzajemną opiekę i miłość, którymi wzbogacają złączenie swoich klanów. Starszy orlanin z brodą wyglądającą, jakby pokrywała całą jego twarz, postępuje w ich kierunku i ogłasza, że ich związek został zawarty. Rozentuzjazmowani członkowie orlańskich klanów zanoszą nowo poślubioną parę do jej namiotu. Wszystkiemu towarzyszą parsknięcia śmiechu i nieco sprośne żarty. Starszy orlanin pozostaje sam pod starym dębem. Obserwuje całą scenę z oddali i wzdycha. Wyszeptuje błogosławieństwo w ich kierunku, ciesząc się ich szczęściem. Bez ani jednego słowa więcej znika w gąszczu drzew. Widział już dość radości jak na jeden dzień.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>70</ID>
      <DefaultText>Widzisz młodzieńca leżącego na wielkiej płycie kamiennej umieszczonej na podium po środku okrągłego pomieszczenia. Wokół podium siedmiu starszych mężczyzn odzianych w czarne szaty leży krzyżem na kamiennej podłodze zdobionej runami. Recytują cicho i śpiewnie.
 
Wchodzi ósmy mężczyzna, niosąc hebanową skrzynkę inkrustowaną złotymi runami, takimi samymi jak te na podłodze. Staje u szczytu podium, pochyla głowę i powoli otwiera skrzynkę. Zwraca się następnie ku leżącym mężczyznom, po kolei przechylając skrzynkę w stronę każdego z nich. Stawia ją u szczytu podium, tyłem do leżącej na nim postaci. Po czym sięga do środka, wyjmując podłużny onyks. Podchodzi do podstawy podium, stając w pobliżu stóp leżącego.
 
Unosi onyks, wypowiada słowo, a następnie przyciska kamień do prawej stopy młodzieńca. Gdy onyks dotyka skóry, mięknie i zamienia się w czarną pijawkę, która przysysa się do podeszwy stopy. Mężczyzna powtarza całą procedurę do momentu, kiedy pijawki znajdują się na obu dłoniach i stopach, na środku klatki piersiowej, szyi oraz na czole. Następnie zajmuje miejsce u szczytu podium, unosi ręce i przyłącza się do recytacji, obserwując, jak krew uchodzi z młodzieńca.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>71</ID>
      <DefaultText>Widzisz maga prezentującego sztuczki iluzjonistyczne na rynku miejskim. Palcem wyczarowuje z powietrza kolory i dźwięki – rysuje nimi sceny budzące zachwyt i grozę. Zafascynowany występem tłum gapiów wstrzymuje oddech i klaszcze. Jedynie chłopiec stoi z boku z szeroko rozdziawionymi ustami. Jego zielone oczy bledną z zachwytu nad coraz to nowszymi wizjami – coś w jego umyśle nagle trafiło na swoje miejsce. Bez ostrzeżenia puszcza się w tłum, rozpychając się w desperacji.
 
Niedługo później mag kończy swój popis. Wielki srebrny smok zstępuje w tłum, a tysiąc gwiazd eksploduje, rozpadając się w nicość. Mag wędruje pośród klaszczących widzów, zbierając monety i kłaniając się każdemu, kogo mija, aż w końcu niewielki woreczek wpada do jego rąk. Staje przed nim drobny i nieruchomy chłopiec, błagając, by mag przyjął go na ucznia. Mężczyzna rzuca okiem na ciężką torbę, uważnie szacując i ją, i chłopca. Wreszcie kiwa głową i pstryka palcami w kierunku torby, która zaraz znika. Chłopiec uśmiecha się. „Jak to zrobiłeś?” – pyta. Ale iluzjonista tylko puszcza do niego oko.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>72</ID>
      <DefaultText>Widzisz leżącego na macie mężczyznę, który pogrążony jest w niespokojnym śnie. Rzuca się on na wszystkie strony, niezdolny do tego, by prawdziwie odpocząć. Skryte za powiekami oczy biegają w tę i z powrotem, a pełne cierpienia jęki wydobywają się z jego ust. Kręci się niespokojnie – leży na plecach i po chwili przekręca się na bok tylko po to, by zaraz obrócić się z powrotem na plecy. Pot zalewa mu czoło.
 
Drzwi prowadzące do komnaty uchylają się powoli. Na twarz śpiącego mężczyzny pada blade światło z korytarza. Do środka prześlizguje się drugi, znacznie młodszy mężczyzna. Młodzieniec porusza się bezszelestnie, a jego stopy układają się z wyważoną precyzją. Podchodzi do śpiącego i wolno unosi w dłoniach dwa sztylety. Staje nad mężczyzną i spogląda na niego z palącą nienawiścią skrywaną pod niewzruszonymi rysami. Nie porusza się. Tkwi nieruchomo u wezgłowia łóżka, gotowy do ataku.
 
Oczy leżącego mężczyzny otwierają się gwałtownie. Mruga zdezorientowany, próbując przegnać sen z umysłu. Przestaje mrugać, gdy dostrzega stojącego nad sobą chłopca ze sztyletami w dłoniach. Z jego twarzy znika wyraz zdezorientowania i zastępuje go przerażenie. Mówi tylko „ty!” – ale wtedy młodzieniec już go dopada. Chłopiec przyciska szyję mężczyzny kolanem, po czym wbija jeden ze sztyletów w brzuch. Pochyla się i odsłania wielką, czarną bliznę na szyi, biegnącą od prawej żuchwy do lewego obojczyka. Mężczyzna charczy i wydaje odgłosy przypominające stłumiony kaszel – próbuje mówić pomimo zmiażdżonej krtani. Chłopiec spogląda na niego ponownie, uważnie obserwując, jak mężczyzna powoli odchodzi. Następnie unosi obydwa ostrza i wbija mu je w oczy.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>73</ID>
      <DefaultText>Widzisz grupkę dzieci. Z ich usteczek dobywa się krzyk i wynaturzony śmiech. Pozbawiony oczu chłopiec z twarzą porośniętą dziwnymi, czarnymi kolcami kryje się za powalonym pniem drzewa. Jego ramionka drżą, gdy szepcze do siebie, próbując zablokować nieustający potok wyzwisk. Dziwadło. Potwór. Łeb kostuchy. Chłopiec zostaje jeszcze długo po tym, jak inne dzieci odchodzą.
 
Widzisz tego samego chłopca, teraz już mężczyznę, wiele lat później. Otacza go inna grupka. Tym razem jest to jego publiczność. Opowiada długi żart o duchu i wygódce, a gdy wygłasza puentę, cały tłum ryczy, przypominając w tym wrzasku dzieci widziane we wcześniejszej scenie.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>74</ID>
      <DefaultText>Widzisz, jak para umięśnionych nóg wiruje w powietrzu. Chwilę później powala na ziemię dwie postacie i natychmiast trafia kolejną okrężnym kopnięciem. Mnich bierze głęboki oddech i zwinnie się odwraca. Straszliwym ciosem w podbródek obezwładnia czwartego przeciwnika. Podcięcie, które obala piątego z nich, przypieczętowuje zwycięstwo. Z niedoścignioną prędkością mnich przeskakuje przez mur wprost w otwarte okno. Pokój jest pusty. Mnich ustawia się na środku i kilkoma uderzeniami pozbawia przytomności jednego strażnika za drugim. Ślad jego przejścia znaczą jedynie jęki i postękiwania rannych. Dziś obyło się bez zabitych. W determinacji przemierza budynek, kierując się wprost do centralnego pomieszczenia. Nie wykonując ani jednego ruchu, przeprowadza atak na umysły dwóch strażników. Umiejętność tą pamięta jak przez mgłę z poprzedniego żywota. Następnie wkracza do środka. Drobny mężczyzna o szyderczym uśmieszku pozdrawia go skinieniem, po czym rozpływa się w powietrzu – była to po prostu projekcja. Mnich odwzajemnia ukłon i wraca tą samą drogą, którą przyszedł.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>75</ID>
      <DefaultText>Widzisz kobietę biegnącą ulicami miasteczka. Przepycha się przez tłum, zerkając za siebie. Jej strój jest podarty, a włosy w nieładzie. Mimo że sprawia wrażenie, jakby przed czymś uciekała, jej oczy błyszczą radością. Usta rozciągają się w wyjątkowo szerokim uśmiechu i raz po raz wydają z siebie chichot.
 
Gdy spogląda za siebie, wpada nagle na dobrze ubranego mężczyznę, stojącego przy jednym z kramów na targu. W momencie gdy na niego wbiega, wyraz na jej twarzy zmienia się. Goszcząca na niej radość ulatuje. Pozostaje tylko strach. Jej uśmiech zamienia się w grymas, a górna warga drży w przestrachu. Mężczyzna, widząc to, wyraża troskę o jej bezpieczeństwo, a ona tuli się do niego, sprzedając mu bajkę o brutalnym mężczyźnie z lepkimi rękami. Gdy mówi, jej ręce wędrują po nim, niczym mali odkrywcy.
 
Nagle z tłumu dochodzi krzyk i oboje odwracają się, żeby zobaczyć zwalistego, gniewnego mężczyznę brutalnie przepychającego się przez dzielący ich tłum. Kobieta sztywnieje w objęciach opiekuna, udając przerażenie. Mężczyzna mówi, by się nie bała i występuje naprzód, aby zablokować drogę nadbiegającej postaci. Kobieta uśmiecha się i wycofuje, chichocząc radośnie. Jej obrońca odwraca się zdezorientowany i widzi, jak kobieta oddala się, potrząsając sakiewką i pędząc przez tłum kłębiący się na targowisku. Zdezorientowany mężczyzna sprawdza okolice paska. Jego twarz tężeje. Z krzykiem przyłącza się do pościgu za roześmianą kobietą, która właśnie znika w tłumie.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>76</ID>
      <DefaultText>Widzisz niewielką polanę pośród gęstego lasu. Mężczyzna, niemający na sobie nic poza przepaską biodrową, stoi na skraju lasu. Odgłosy rąbania i piłowania przecinają powietrze, a z każdym kolejnym nacięciem i uderzeniem jego twarz posępnieje coraz bardziej.
 
Spogląda w górę na kruki zgromadzone w koronach drzew i odwraca się, by znów spojrzeć na drwali. Powarkuje złowrogo, zwracając się do kruków. „Jak oni śmieją? Czy nie wiedzą, że mają do czynienia ze świętością?” Wymawia jakieś słowo i opiera dłoń na drzewie – kora zdaje się w nią wrastać, powoli pokrywając całą rękę, a w końcu i całe ciało. Mężczyzna trzyma kostur w górze i przemawia ponownie. Opuszcza kostur dopiero wraz z ostatnim słowem inkantacji. Rośliny i korzenie wokół wycinki zaczynają się poruszać, wydłużają się i falują jak wąż gotowy do ataku. Mężczyzna spogląda na kruki oczekujące jego rozkazów.
 
Wreszcie wyrusza w stronę wyrębu, trzymając nad głową kostur. Gdy wyłania się spośród drzew, dostrzega go jeden z robotników i krzyczy do pozostałych. Jedni wycofują się na drugą stronę wyrębu, podczas gdy do przodu występują bardziej hardzi i gotowi do walki. Mężczyzna wpatruje się w nich przez kilka chwil i mówi: „Dostaliście właśnie ostrzeżenie”. Opuszcza kostur, wymierzając go w kierunku mężczyzn niszczących las.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>77</ID>
      <DefaultText>Widzisz kobietę niemal utworzoną z ognia. W tańcu i piruetach toruje sobie drogę przez hordę atakujących ją szkieletów. Strzały płyną w powietrzu, jednak ona jednym ruchem dłoni wysyła w stronę łuczników kotarę płomieni, która pali wszystko, co spotyka na swej drodze. Nagle słychać krzyk. Wbita w nogę pika przerywa koncentrację kobiety i powala ją na ziemię. Wraz ze zbliżaniem się szkieletów jej ogień staje się coraz jaśniejszy i gorętszy, a ona sama recytuje jakąś inkantację przez zaciśnięte zęby. Kobieta migocze przez krótką chwilę, a ogień maleje, by po chwili buchnąć z jej ciała falą białych płomieni, niszcząc wszystko po drodze. Pozostaje tylko dźwięk jej urywanego oddechu i bolesny jęk rozlegający się, gdy wyjmuje z nogi pikę – używa jej jako podpory, pomagając sobie wstać. Odwraca się w stronę wyjścia i zaczyna powoli iść, kulejąc w stronę drzwi, jednak coś ją zatrzymuje. 
 
Słyszy gardłowy, nieludzki szept, a równocześnie w powietrzu przed nią wyrasta kształt, który przyzywa i bierze jej wolę w posiadanie, przyciągając ją do siebie. Jej nos wypełnia odór śmierci i kurzu, a twarz staje się szklista, martwa niczym maska. Kobieta pada do stóp widniejącej przed nią istoty i nagle coś się w niej budzi. Z płonącymi oczami wstaje raz jeszcze i wyciąga przed siebie dłoń, która, muskając kość policzkową szkieletu o barwie kości słoniowej, obraca go w popiół. 
 
Stoi tam jeszcze długo po tym, jak szkielet zniknął, a prochy rozwiały się pod wpływem jakiegoś widmowego podmuchu. Coś się o nią upomniało... i to był dopiero początek.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>78</ID>
      <DefaultText>Widzisz ciemne pomieszczenie, w którym panuje duży bałagan. Zaciągnięte zasłony odgradzają tą przestrzeń od światła. Z zewnątrz dochodzą pokrzykiwania i dźwięki bieganiny. Po pokoju porusza się mężczyzna, który pakuje właśnie torbę. Zabiera trochę jedzenia i ubrań. Przeszukuje także skrzynię, wybierając z niej różne drobiazgi przypominające magiczne przedmioty. Zatrzymuje się przy półce z księgami i szybko omiata wzrokiem ich grzbiety, pomagając sobie przy tym palcem, by nic nie przeoczyć. Wzdycha i zaczyna od początku, mamrocząc pod nosem. W końcu wybiera kilka tytułów i zabiera je ze sobą wraz ze zgromadzonymi wcześniej przedmiotami.
 
Cały czas podąża za nim niewielka gromadka ptaków i wiewiórek, nie odstępując go na krok. Pozostają blisko, ale nie na tyle, aby mu przeszkadzać. Mężczyzna z całą pewnością się spieszy, ale wszystkie czynności wykonuje za pomocą wystudiowanych ruchów.
 
Nagle drzwi wejściowe otwierają się z hukiem, a zwierzęta pierzchają w popłochu. Mężczyzna odwraca się trzymając księgę w jednej ręce, drugą zaś unosi, szepcąc coś ledwie słyszalnym głosem. Na koniuszkach palców dłoni formują się kryształki lodu, pękające pod wpływem gorąca panującego w pokoju. Mężczyzna spostrzega postać stojącą w progu i natychmiast opuszcza rękę. Kryształki znikają tak szybko, jak się pojawiły. Postać w drzwiach pogania mężczyznę, gestykulując i wskazując punkt na horyzoncie – niewidoczny przez ścianę. Mężczyzna zbywa ją lekceważącym gestem dłoni, mówiąc, że już prawie skończył i zaraz wychodzi. Obrzuca wzrokiem domostwo po raz ostatni, sprawdzając, czy niczego nie przeoczył. W końcu uspokojony wychodzi, nie zadając sobie nawet trudu, by zamknąć za sobą drzwi. Na zewnątrz widzi tłumy ludzi tak samo jak on gotowych do opuszczenia miasta w ucieczce przed kłębami dymu widocznymi na horyzoncie.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>79</ID>
      <DefaultText>Widzisz mężczyznę manipulującego przy zamku, nasłuchującego obwieszczającego sukces prztyknięcia. Trwa to chwilę, ale w końcu udaje się. Prztyk. Mocniej przekręca igłę. Kolejne prztyknięcie. Jeszcze odrobinę. Prztyk. Promieniejąc samozadowoleniem, popycha drzwi dobrze zabezpieczonego budynku i wchodzi do środka. Drży, przekraczając próg, a jego źrenice zwężają się na chwilę, gdy drzwi same zatrzaskują się za jego plecami. Trzykrotne prztyknięcie. Zamknięte. 
 
Przeszukuje cichy budynek bez krzty subtelności. Niczego nie zabiera, na jego twarzy rysuje się tylko wyraz rozżalenia, gdy mija biżuterię oraz mikstury. Nikt nie staje mu na drodze, gdy przemyka się z pokoju do pokoju. Jest sam, przez nikogo nie niepokojony. 
 
W końcu, w obskurnym, pokrytym kurzem pokoju znajduje klapę ukrytą niedbale pod postrzępionym dywanem. Zamek jest zardzewiały, stary i prosty. Poddaje się z łatwością pod uderzeniem rękojeści miecza. Mężczyzna gwiżdże przez zęby, widząc zgromadzone skarby: adrowe młoty, obsydianowe ostrza, zbroję z łuski smoka. Wymienia własny miecz na wielkie, zdobione symbolem czarne ostrze i zabiera ze sobą wszystko, co tylko zdoła unieść. Gdy zatrzaskuje klapę za sobą, dobiega go wibrujący, zawodzący pisk. W panice próbuje biec, jednak ładunek, który niesie, zanadto go obciąża. Złorzecząc, odrzuca wszystko prócz miecza i wspina się po biblioteczce do zakratowanego okna. Mieczem rozbija szkło i zaczyna grzmocić w żelazne kraty. Krzyki dobiegające z oddali dodają mu sił. Wreszcie rozlega się głośny szczęk i przeszkoda ustępuje. Mężczyzna przeciska się przez otwór, kalecząc każdy fragment niezakrytej skóry, i rzuca się do ucieczki, a obsydianowe ostrze na jego plecach promienieje delikatnie pośród ciemnej nocy.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>80</ID>
      <DefaultText>Widzisz zgliszcza pomieszczenia. Pośrodku stoi mężczyzna. Wokół jego stóp widnieje wypalona podłoga, a dym unosi się z nadpalonej szaty. Dookoła pogorzelisko – połamane szafki, porwane i spalone księgi, rozbite w drzazgi krzesła i stół. Ściany są popękane, a przez niewielką dziurę w dachu sączy się światło. Wszystkie okna są potłuczone, a z leżącej w rogu kamiennej podłogi lampy wycieka zbierająca się w kałużę nafta.
 
Mężczyzna rozgląda się wokół, szacując szkody. Patrzy przelotnie na pięć ciał leżących pośród zgliszczy – powykrzywianych, spalonych i prawie nie do odróżnienia. Odwraca się w stronę jedynego ocalałego, który tkwi pod ścianą, z nogami i miednicą zmiażdżoną ciężką, kamienną belą. Umierający patrzy pustym wzrokiem znad beli, a krew wypływa z kącika jego ust. Mężczyzna pochyla się nad nim i zagląda mu w oczy. „Nikt inny nie może posiąść tej wiedzy” – mówi. Ranny mężczyzna otwiera usta, jakby chciał przemówić, ale tamten już odchodzi.
 
Opuszcza dłoń na bok i wypowiada krótką frazę. Atramentowa kropla pada z jego palców na ziemię i rozrasta się w wielkie, powiększające się koło czarnej energii. Gdy koło przemieszcza się nad nim, mężczyzna przechodzi przemianę. Jego skóra staje się poszarzała i ziemista, a ciało wyschnięte i pomarszczone. Rozszerzające się koło obejmuje go i znika w mgnieniu oka, a jego ciało, które przemieniło się w proch, zapada się pod własnym ciężarem.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>81</ID>
      <DefaultText>Widzisz mężczyznę ze wzrokiem utkwionym w parze, która zmierza w dół brukowanej ulicy. Porusza się ciut za naturalnie, nazbyt oczywiście. Ani na chwilę nie odrywa wzroku od rozczochranych loków kobiety, podążając za rozbawioną dwójką od budynku do budynku.

Kobieta zanosi się pijackim śmiechem. Jej dłoń splata się z dłonią szlachcica o spiczastym nosie, w nieskazitelnie czystym, lecz ciut przymałym na jego postawną sylwetkę dublecie. Ociera się o niego, gdy tak idą — nazbyt intymnie zdaniem śledzącego. Jego oczy zwężają się w gniewie, gdy para chowa się w głębokim portalu wejściowym, a dłoń arystokraty wsuwa się pod suknię towarzyszki. Jej oddech zamienia się w płytkie posapywanie. Jęcząc, napiera na niego coraz mocniej.
 
Obserwator przystaje, jego usta są zaciśnięte, żyły nabrzmiałe. Przemieszcza się wzdłuż ściany, w dłoni dzierżąc sztylet. W chwili gdy kobieta zaciska zęby na dublecie partnera, występuje z cienia. Po chwili jest już po wszystkim. Mężczyzna zamyka oczy, sztylet wysuwa się z dłoni śliskiej od krwi. Zrywa się do ucieczki.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>82</ID>
      <DefaultText>Widzisz mężczyznę jadącego konno na przedzie karawany podróżującej przez rzadki las. Obok niego jedzie inny mężczyzna. Gawędzą ze sobą wesoło. Są przy tym bardzo do siebie podobni – obaj mają na sobie zbroję, miecz i łuk u boku.
 
Podjeżdża do nich orlanin, zwalniając i zrównując z nimi tempo. Informuje ich, że droga jest wolna i nic nie wskazuje na jakiekolwiek zagrożenie. Gdy tylko kończy mówić, strzała wystrzelona zza drzew trafia go w kark i zrzuca z konia, który staje dęba. Pozostałe konie, równie wystraszone, zrzucają swoich jeźdźców. Pierwszy z mężczyzn wstaje szybko i rusza, by skryć się za wozem karawany. Drugi nie ma tyle szczęścia. Jego stopa plącze się przy upadku w strzemię – kostka wygina się do tyłu, a potem w drugą stronę, gdy koń wyrywa do przodu. Dzięki temu uwalnia stopę, ale w kostce coś cicho chrupnęło. Mężczyzna, krzycząc z bólu, obraca się na brzuch i czołga w kierunku wozu.
 
Karawana staje i dwóch członków tylnej straży, aumauanów, podjeżdża do przodu. Jeden z nich zeskakuje z konia i podbiega do rannego mężczyzny, wyciągając rękę w geście pomocy. Zaś drugi aumauanin zbliża się do nich, wyciągając z pochwy miecz. Pierwszy mężczyzna przewiduje bieg wydarzeń i krzyczy ostrzegawczo, ale jest już za późno. Aumauanin na koniu bierze rozmach i zabija drugiego strażnika, zanim ten dosięga rannego mężczyzny. Następnie zeskakuje z konia i ponownie unosi miecz. Mężczyzna skryty za wozem krzyczy po raz drugi, napinając łuk. Wypuszcza strzałę, która sięga jednak celu dopiero, gdy miecz przecina już plecy rannego.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>83</ID>
      <DefaultText>Widzisz nieskazitelnie utrzymaną oberżę z polerowanymi ladami z ciemnego drewna, wypełnioną hałaśliwymi i radosnymi klientami. Dwóch mężczyzn, żartując między sobą, rozlewa za barem trunki. Są do siebie tak podobni, że muszą być rodzeństwem. Młodszy chwyta kufle i roznosi je po sali, gawędząc pogodnie z gośćmi. W chwili, gdy pozbywa się ostatniego kufla, drzwi za nim otwierają się i do oberży wkracza czerwonolicy aumauanin w towarszystwie trzech gburowatych elfów i rusza wprost na niego. Aumauanin warczy, spycha młodzieńca z drogi i żąda piwa od stojącego za barem brata. Gdy mężczyzna odmawia, w sali zalega złowieszcza cisza. Starszy brat ponownie prosi aumauanina o opuszczenie oberży, a młodszy kładzie mu rękę na plecach i popycha w kierunku wyjścia. Wszystko zamiera. Rozlega się mdlący trzask łamanego karku, gdy mężczyzna ląduje plecami na ścianie i osuwa się na podłogę z nienaturalnie wygiętą do tyłu głową. Nie podnosi się. Goście oberży nie namyślają się długo i przychodzą barmanowi z pomocą, odciągając aumauanina i jego towarzyszy. Jednak nic już nie odwróci biegu zdarzeń. Dywan nasiąka krwią umierającego mężczyzny, nad którym klęczy jego brat ze zgrozą w oczach. Gdy w końcu się podnosi, aumauanin jest już daleko.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>84</ID>
      <DefaultText>Widzisz korowód uroczystych twarzy. Setki osób pogrążonych w milczącej zadumie... Całe miasto opłakuje ofiarę złożoną przez jakiegoś dzielnego bohatera. Jego towarzysze stoją z boku, a w ich oczach widnieje jedynie pustka. Urzędnik najlepiej jak potrafi wygłasza opowieść o uratowaniu przezeń osady i o śmierci w bitwie z rąk trolli. Jednak o prawdziwej wadze wypowiadanych słów najlepiej świadczą twarze przyjaciół zmarłego. 
 
Po zakończeniu uroczystości mieszkańcy wracają do swoich zajęć. Tymczasem awanturnicy ociągają się z odejściem, rozmawiając ze sobą i wspominając przeszłe wydarzenia; w końcu jednak wracają na noc do gospody. Odprawiają żałobę na swój własny sposób. Towarzyszą im łzy, alkohol, svef i potłuczone butelki. 
 
Przywódca całej grupy milczy. Jest pogrążony we własnych myślach. Tygodnie mijają, a on prawie się nie odzywa, wychodzi z gospody każdego poranka i wraca późno w nocy kompletnie wykończony. W końcu decyduje się zabrać ze sobą swoich towarzyszy i pokazać im to, co pochłaniało jego czas i siły – naturalnej wielkości posąg, charakteryzujący się surowym pięknem. Mieszkańcy stawiają właśnie posąg na placu. Członkowie grupy odchodzą, wciąż z pustką w sercach, jednak nieco mniej zdruzgotani. Figura uśmiecha się do nich, podążając za nimi niewidzącym wzrokiem.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>85</ID>
      <DefaultText>Spostrzegasz troje orlan w jaskrawych, jarmarcznych strojach. Posługują się swoimi instrumentami niczym bronią, konkurując między sobą w kakofonii dźwięków. Za nimi pojawia się grupa aktorów, którzy koziołkują, skaczą i gestykulują w dziwacznej pantomimie, szczerząc przy tym ostre zęby. Najmniejszy z nich, który w jednej chwili przypomina dziecko, by w drugiej przybrać fizjonomię starca, mówi sprośne rzeczy do zebranego tłumu. Mruży zaszklone oczy i wykrzywia usta w grymasie uśmiechu. Tłum porusza się nieswojo. W reakcji widzów znać niezadowolenie. 
 
Nikt nie rzuca pieniędzy, nikt też nie nagradza oklaskami trwającego w dalszym ciągu występu. Tłum rozchodzi się w nieprzyjemnym poruszeniu, a uśmiech starca-dziecka zamienia się w obsceniczny grymas.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>86</ID>
      <DefaultText>Widzisz kobietę wylegującą się na wielkiej sofie. Wybiera z ozdobnej szklanej misy kolejne daktyle i wpycha je sobie do ust. Jej nieobecny wzrok utkwiony jest w oknie. Jest rozczochrana, roznegliżowana i ziewa raz po raz, najwyraźniej znudzona otoczeniem. Pokój, w którym się znajduje, jest podobnie zaniedbany i sprawia wrażenie niesprzątanego od tygodni. Gruba warstwa kurzu pokrywa wszystko wokół, a po podłodze walają się ubrania i niedojedzone potrawy. Meble domagają się renowacji.
 
Do wnętrza komnaty dochodzi pukanie do drzwi, na które kobieta reaguje tylko cichym stęknięciem. Bierze garść daktyli i zaczyna podrzucać je, jednego po drugim, w powietrze, a następnie próbuje złapać spadające owoce ustami. Często jej się to nie udaje i daktyle lądują na podłodze, tworząc wokół sofy niedbały okrąg. Pukanie rozlega się ponownie i kobieta podskakuje nieznacznie, nie trafiając po raz kolejny, a spadający daktyl odbija się od jej czoła. Stęka i zerka na drzwi, gwałtownie wypuszczając powietrze. Stłumione i odległe krzyki dobiegają spoza komnaty.
 
Kobieta przewraca się na bok, tyłem do drzwi i przykrywa głowę poduszką, starając się stłumić dźwięki. Leży tak przez kilka minut z klejącymi się do snu powiekami, powoli zapadając w sen. Drzwi się otwierają i ktoś wchodzi do środka, po czym niepewnie zbliża się do sofy. Z wahaniem wyciąga dłoń i kładzie ją na ramieniu kobiety, potrząsając nią lekko. Poduszka opada, a kobieta z gniewnym wyrazem twarzy odwraca się do mężczyzny. „Pani!” – mówi mężczyzna, klękając przed nią. „Potrzebujemy twojej pomocy.”
 
Kobieta wzdycha ciężko, przewracając przy tym oczami i zaczyna się podnosić. Bierze jeszcze garść daktyli i wychodzi z komnaty, głośno mlaszcząc.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>87</ID>
      <DefaultText>Widzisz leśną polanę spowitą mgłą. Poranne powietrze jest chłodne. Panujący tu spokój zakłócają tylko rozlegające się raz na jakiś czas odległe dźwięki. Spomiędzy drzew wyłania się kobieta. Zatrzymuje się i pada na ziemię, po czym skrada się na skraj polany i przykuca w pobliżu drzewa. Ukradkiem rozgląda się dookoła, pilnie nasłuchując w coraz jaśniejszym świetle. Napiera plecami na drzewo, napinając się, gotowa w każdej chwili do skoku.
 
Z oddali dobiega kolejny dźwięk – szelest zarośli. Wtedy kobieta zaczyna pędzić przed siebie, starając się poruszać jak najbliżej ziemi. Przykłada dłoń do gardła i wydaje dźwięk naśladujący ostry ptasi śpiew, który zdaje się dochodzić ze sporej odległości. Zza pleców, z miejsca, z którego przed chwilą doszedł ją szelest, rozlega się szybko uciszone stęknięcie. Kobieta daje nura w zarośla na krańcu linii drzew i trzymając głowę nisko, przemyka się pomiędzy krzakami. Zajmuje pozycję i odwraca się w kierunku, z którego przyszła. Ponownie unosi dłoń, tym razem naśladując stelgaera – sprawia, że dźwięk dobiega do prześladujących ją mężczyzn zza ich pleców. Tym razem dźwiękowi odpowiada wiele głosów, a wszystkie świadczą o pośpiechu i przerażeniu. Poruszają się w jej kierunku, kompletnie zapomniawszy, jak się zdaje, o konspiracji.
 
Kobieta wycofuje się z zarośli i przyczaja się za nimi. Wyciąga łuk, przyjmuje pozycję strzelecką i czeka na nadchodzących.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>88</ID>
      <DefaultText>Widzisz krzepkiego mężczyznę, który uważnie ogląda rozpadającą się gospodę. Towarzyszy mu aumauański sprzedawca, przy którym mężczyzna wydaje się niemal niski. Ściany tego niegdyś wspaniałego budynku poznaczone są teraz plamami i tylko Wael wie, co jeszcze rozsmarowano na każdej dostępnej powierzchni. Nie ma tu ani jednej rzeczy, która byłaby zachowana w całości, a zeżarte przez mole koce, psujące się jedzenie i zgromadzone śmieci świadczą o pobycie wielu dzikich lokatorów. 
 
Mężczyzna marszczy brwi, lustrując otaczającą go przestrzeń. Aumauanin składa mu ostateczną ofertę, błyskając białymi zębami przy każdej sylabie – każdy z nich jest wielki i całość wygląda naprawdę groźnie. Klient z westchnieniem przekazuje mu podzwaniającą sakiewkę, przejmując tym samym ruderę. Od razu zabiera się za planowanie.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>89</ID>
      <DefaultText>Widzisz do połowy wypite piwo, które mężczyzna wlewa sobie do ust, ochlapując przy tym plamy z dawno skonsumowanych potraw. Szkliste oczy zerkają na burdę pod przeciwległą ścianą, nabierającą rozpędu wraz z przyłączeniem się kolejnych awanturników. „Jeszcze jedno” – mruczy do szynkarza. Opróżnia kufel i odwraca się do ściany. Wyciąga z kieszeni rysunek przedstawiający małe dziecko – brązowowłose i zielonookie. Przykłada ilustrację do ognia świecy. Rysunek nie płonie. 
 
Wiele kufli później, gdy szynk został już przemieniony w złomowisko połamanych krzeseł i zranionej dumy, mężczyzna zaczyna śpiewać. Zebrani przerywają na moment picie, rozmowy i zażywanie svefu, aby posłuchać jego pieśni. Ból mężczyzny wypełnia salę – jego smutna opowieść przywodzi im na myśl ich własne, smutne historie. Gdy kończy, cisza wisi w powietrzu, niemal namacalna pośród dymu, potu i kwaśnych oddechów. On pierwszy przerywa milczenie, by zamówić kolejkę dla wszystkich. Wrzawa ożywa, jednak wesołość tonują teraz odległe wspomnienia i myśli.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>90</ID>
      <DefaultText>Widzisz zebraną wokół wozu grupę ludzi, którzy z uwagą wpatrują się w miecz zataczający szeroki, zgrabny łuk. Mężczyzna dzierżący broń od niechcenia przerzuca ją z ręki do ręki, sprawiając, że ostrze odprawia swoisty taniec przed publicznością. Wyrzuca ostrze w powietrze, obraca się wokół własnej osi, po czym łapie je za plecami. Tłum klaszcze w podnieceniu, a kilkoro widzów, przekonanych, że było o włos od tragedii, oddycha z ulgą.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>91</ID>
      <DefaultText>Widzisz chłopca zakradającego się do rampy prowadzącej na olbrzymi statek o czarnych żaglach. Uśmiech ma tak szeroki, że zdaje się rozsadzać jego smagane wiatrem policzki. Statek jest prawie pusty, bo załoga opija właśnie na lądzie swoje ostatnie łupy. Chłopiec z łatwością omija pijanych wartowników rżnących w karty na górnym pokładzie i wymieniających się opowieściami o podbojach, których ten podrostek jeszcze nie rozumie, po czym pędzi schodami w dół. Pod pokładem panuje cisza. Badającego statek chłopca dochodzą tylko dźwięki łagodnych uderzeń fal oceanu i stłumione kroki kogoś, kto biega od skrzyni do skrzyni, zatrzymując się przy każdej z nich, by zajrzeć do środka. Gdy dziecko słyszy odgłosy kolejnej pary nóg, odskakuje i kryje się za workami. Chłopiec w końcu usypia, zanim kroki zdążą ucichnąć. Statek budzi się do życia, gdy jego pijana załoga ucieka z portu na złamanie karku, zabierając ze sobą młodego, przypadkowego pasażera na gapę.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>92</ID>
      <DefaultText>Widzisz parę wypolerowanych na wysoki połysk skórzanych butów i nienagannie utrzymaną kozią bródkę, której właścicielem jest obdarzony szelmowskim uśmiechem, wąskimi oczami i nieco haczykowatym nosem mężczyzna. W ubrudzonej atramentem dłoni ściska skrawek pergaminu. Mijając kupców, uchyla zdobiony piórami kapelusz. Zdaje się znać większość z nich. Czasem przystaje, by z którymś porozmawiać, innych pozdrawia skinieniem głowy. Z nielicznymi targuje się o drobne towary, zawsze roześmiany i rzucający kpiące uwagi. Z uśmiechem przyklejonym do twarzy, żartując na temat pogody, podchodzi do mocno obładowanej aumauanki, która odpowiadając mu żartobliwie, niepostrzeżenie wręcza mu kilka złotych monet. Gdy mężczyzna odchodzi, nie ma już przy sobie pergaminu, a na jego twarzy gości tym razem szczery uśmiech. Pozdrawia jeszcze kobietę, puszcza oko i oddala się sprężystym krokiem.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>93</ID>
      <DefaultText>Widzisz kobietę opróżniającą zawartość torby na posłanie i przeglądającą jej zawartość. Po jej pokoju rozrzucone są niedbale mikstury, bandaże, tynktury i zioła. Kobieta przygryza wargę i przechyla głowę w zamyśleniu. Przystępuje do pakowania rzeczy z powrotem do torby, jedna po drugiej. Staranność każdego ruchu zakłócają tylko jej rozedrgane dłonie. Każdy przedmiot ma swoje dokładnie wyznaczone miejsce – nieważne, jak się spakuje, kobieta jest za każdym razem niezadowolona. Gdy kolejny raz wysypuje bagaż, drżenie rąk się nasila. Przyciska dłoń do ust, a łzy napływają jej do oczu. Rezygnuje z prób zachowania porządku w torbie i wrzuca do niej wszystko, co tylko się zmieści, po czym wybiega z pustego domu. 
 
Prostuje plecy maszerując w stronę doków z głową uniesioną wysoko i zaczerwienionymi oczami o hardym wyrazie. Tykowaty młody elf składa jej kondolencje, jednak ona zdaje się go nie widzieć na tle znajdującego się na wprost przed nią oceanu. Kobieta dociera do portu i oferuje swoje usługi lecznicze każdemu, kto zechce jej wysłuchać, każdemu, kto wyrusza w morze. Nie mija godzina, jak pozostawia za sobą całe swoje dzieciństwo na niknącej w oddali wysepce. Obserwując jej oddalający się zarys, z całej siły powstrzymuje się przed skokiem.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>94</ID>
      <DefaultText>Widzisz wielką grzywę rozczochranych, pomarańczowych włosów na głowie przysadzistego mężczyzny. Sprawia on wrażenie, jakby czuł się ograniczony niedostateczną przestrzenią w oświetlonej światłem świec izbie. Na wprost niego siedzi korpulentna kobieta. Na jej czole widnieje namalowane trzecie oko. Cmoka i wpatruje się w mężczyznę, co natychmiast stawia go na baczność. Jest o ponad głowę wyższy, ale to ona jest u siebie. Kobieta zamyka oczy, kładzie mu rękę na piersi i przemawia. Widzi niewielkie, szare stworzenie, biegające z miejsca w miejsce. Goni je, cztery łapy odbijają się od podłogi i skokiem pokonują długość pokoju, gdy nagle…
 
Kobieta wybucha śmiechem, otwiera oczy i cofa dłoń. Reflektując się, w poczuciu winy przeprasza, unikając spojrzenia mężczyzny. Ten domaga się jednak prawdy na temat tego, co jest z nim nie w porządku i co powoduje jego dziwne zachowanie. „Chłopcze, zanim przyszedłeś na świat, twoja dusza uległa podziałowi” – tłumaczy, tłumiąc uśmiech. „Jedna połowa trafiła do ciebie, a druga wydaje się mieć raczej kocią naturę.” 
 
Mężczyzna chwieje się, a przez jego twarz przechodzi cała gama emocji. To zamyka, to otwiera usta, aby wreszcie skinąć głową z uśmiechem tlącym się w kącikach ust. Nagle zaczyna zwijać się ze śmiechu, a łzy rozbawienia płyną mu po twarzy. Gdy w końcu przychodzi do siebie, dziękuje kobiecie i wychodzi. Zagadka została rozwiązana.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>95</ID>
      <DefaultText>Widzisz niewielkie, zacienione sklepowe wnętrze. Półki pełne są przeróżnych towarów, z których niektóre to pospolite produkty, inne zaś są bardziej egzotyczne. Pomiędzy półkami wędruje mężczyzna, uśmiecha się i czule dotyka wystawione przedmioty. Kroczy alejkami. Jest w sklepie sam.
 
Zatrzymuje się przed wielką wystawą, na której dostrzega model wielkiego żmija. Przed modelem wystawiono tabliczkę szczegółowo opisującą jego środowisko naturalne, żywienie i rytuały godowe. Mężczyzna rusza dalej, od wystawy do wystawy, zatrzymując się przy każdej z nich i przyglądając się wszystkim uważnie. Wygląda przez okno i widzi, że słońce wzniosło się już ponad linię budynków. Ludzie przemierzają targ, wpadając do sklepów i czekając pod kramami w poszukiwaniu okazji.
 
Mężczyzna stoi przy drzwiach wejściowych. Odwraca się, by spojrzeć w głąb sklepu i uśmiecha się raz jeszcze. Następnie odryglowuje drzwi i otwiera je szeroko, wpuszczając do środka odgłosy dochodzące z targowiska.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>96</ID>
      <DefaultText>Widzisz długą, pustą drogę przecinającą dwa rozległe pola uprawne. Panuje tu cisza i marazm nietypowy jak na wczesne popołudnie. Kobieta wolno idzie drogą, prowadząc za sobą konia i ciekawie rozglądając się wokoło. Zdaje się wyczuwać coś niepokojącego, jednak nie może stwierdzić, co budzi w niej to uczucie.
 
Zatrzymuje się, węsząc w powietrzu wysoko uniesionym nosem. Marszczy brwi i krąży w poszukiwaniu czegoś. Powietrze jest przejrzyste. Niebo bezchmurne. Kobieta węszy znowu, nie przestając się rozglądać. Na jej twarzy maluje się wyraz dezorientacji, a usta zadają jedno pytanie „Pożar?”
 
Mierzy wzrokiem pola, a jej konsternacja zamienia się w strach. Zasłania dłonią oczy przed słońcem, ponownie lustruje połacie ziemi. Nic jednak nie dojrzawszy, dosiada konia, teraz ogarnięta już paniką. Rusza i kieruje się cwałem po ścieżce wijącej się pomiędzy drzewami, w stronę, gdzie powinno znajdować się gospodarstwo.
 
Zatrzymuje się gwałtownie, a na jej twarzy widnieje przerażenie. To, co niegdyś było jej rodzinnym domem, teraz jest już tylko kupą zgliszczy. Łzy napływają jej do oczu, gdy rusza ponownie, galopując w stronę pogorzeliska.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>97</ID>
      <DefaultText>Widzisz starszego krasnoluda, przeliczającego pieniądze za brudną witryną sklepową. Włosy ma ciężkie od łoju i potu, a na jego ściągniętych ustach błąka się szyderczy uśmieszek. Dzienny utarg wala się po ladzie – od tandetnej, podniszczonej biżuterii po inkrustowany kwasem sztylet leżący niebezpiecznie blisko krawędzi. Jedno nozdrze krasnoluda drga z wyczekiwaniem, gdy do izby wchodzi klient – niechlujnie wyglądający arystokrata w niegdyś białym kubraku, noszącym ślady życia, które ułożyło się nie tak, jak powinno. Zanim opróżni na ladę zawartość jutowego worka, rzuca za siebie nerwowe, wypatrujące pogoni spojrzenie. Krasnolud pochyla się nad towarem, przebiera w srebrnej zastawie i różnorakich kielichach. Potrząsa głową ze współczuciem i szyderczym uśmiechem. Odpycha przedmioty z powrotem w stronę klienta. Mężczyzna prosi i błaga, nerwowo przewracając oczami. Prosi o cokolwiek – kilka srebrników wystarczy. Krasnolud spogląda chytrze i rzuca na ladę trzy miedziaki. Zdesperowany młodzieniec, ku nikczemnej satysfakcji krasnoluda, ściąga z dłoni pierścień. Jeszcze kilka monet ląduje na stosiku i pognębiony mężczyzna odchodzi, złorzecząc pod nosem. Sędziwy krasnolud cieszy się z uśmiechu losu i dłubiąc w wyjątkowo ostrych zębach, zabiera się do oglądania swojej zdobyczy.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>98</ID>
      <DefaultText>Widzisz grupę zgromadzoną wokół prowizorycznie zorganizowanej strzelnicy. Pośrodku stoi mężczyzna, tłumacząc zasady konstrukcji i użycia łuku. Unosi broń i pokazuje każdą omawianą część. Następnie oddala się od tarczy, nakazując reszcie pozostać na miejscu i zajmuje stanowisko około 200 stóp dalej. Starannie mierzy, cały czas objaśniając, co właśnie robi i wypuszcza strzałę. Trafia w sam środek tarczy, ku radości i zaskoczeniu stojących przy niej chłopców.
 
Uśmiecha się i zmierzając w ich kierunku, wyjaśnia rolę przyjęcia właściwej postawy, tłumacząc też, jak najlepiej trzymać łuk. Nagle zza pobliskich drzew dochodzi do ich uszu jakiś dźwięk. Mężczyzna zatrzymuje się, mruży błękitne oczy i obrzuca wzrokiem roślinność. Dostrzega cień przedzierający się przez znajdujący się za nimi las. Sięga po strzałę i mierzy, cierpliwie śledząc ruch niewidocznego stworzenia. Puściwszy jedną, nie traci czasu i natychmiast sięga po drugą. Chłopcy śledzą je wzrokiem, aż do momentu, gdy stają się niewidoczne w leśnej gęstwinie. Nagle poszycie rozrywa gwałtowny ruch wypadającej zza linii drzew łani zmierzającej w kierunku drugiego brzegu polany. Chłopcy wybuchają śmiechem, żartując z fatalnego celu mężczyzny. Milkną jednak, gdy widzą, jak śledzi on wzrokiem zwierzę z łukiem napiętym i gotowym do strzału. Padają na ziemię, gdy wypuszcza ostatnią strzałę, która zmierza prosto do celu i trafia łanię wprost między łopatki, przebijając serce i płuca, powodując niemal natychmiastową śmierć zwierzęcia.
 
Chłopcy przyglądają się mu przez chwilę, a następnie powoli zwracają się w kierunku strzelca, którego darzą teraz jeszcze większym szacunkiem. Mężczyzna uśmiecha się ponownie i dyskretnie wypuszcza z siebie westchnienie ulgi.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>99</ID>
      <DefaultText>Widzisz pochyloną nad kieliszkiem wysoką kobietę. Siedzi samotnie w zaniedbanej oberży. Garstka pozostałych bywalców szynku trzyma się od niej z daleka. Nawet oberżysta, podając jej kolejne trunki, starannie unika jej wzroku, czego ona zdaje się nie zauważać. 
 
Nagle do środka dumnie wkracza mężczyzna, który natychmiast zwraca na nią uwagę. Władczym skinięciem pozdrawia oberżystę i siada tuż obok kobiety, której biust budzi w nim wyraźne zainteresowanie. Ona odsuwa się od niego, ale mężczyzna nie ustępuje. Sięga dłonią i dotyka jej kolana. Chwilę później leży przygwożdżony do podłogi, porażony i nieruchomy. Gdy próbuje wstać, powstrzymuje go przed tym przyciśnięty do gardła but kobiety. Ta zaś unosi tylko brew i patrzy na niego zimno, gdy ten błaga o litość. 
 
Zdejmuje nogę, gdy jej ofiara już zdążyła pokryć się purpurą. Następnie wraca do swojego kieliszka, pozwalając uciec mężczyźnie, którego odprowadzają teraz pełne dezaprobaty spojrzenia. Klienci oberży kiwają głową, jakby tego właśnie się spodziewali.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>100</ID>
      <DefaultText>Widzisz chorągiew ospale łopoczącą wysoko na wietrze – na płótnie wyszyte jest wschodzące słońce. To awangarda niewielkiego oddziału paladynów. Nastroje są tu radosne, choć trzymane na wodzy. Zbroje paladynów są jeszcze nietknięte przez żywioły – ta grupa jest świeża, młoda i pełna zapału. Na czele stoi dowódca w pełnym rynsztunku, jego ruchy są niezgrabne, ale stanowcze. Mimo podniecenia swoich żołnierzy nie uśmiecha się. Usta ma skrzywione, a całe oblicze ponure. Wyrzuca w górę rękę, zatrzymując oddział. Zapada cisza. W oddali słychać złowrogi grzmot, głęboki i niski. Dowódca wydaje rozkaz, by przygotować broń i rozproszyć się. Oczy wszystkich biegną od horyzontu do horyzontu, szyje wykręcają się w stronę każdego zasłyszanego dźwięku. 
 
W oddali z ziemi podnoszą się tumany kurzu i błyskawic, gdy w ich stronę gnają po niebie mroczne chmury. Żołnierze stoją w szyku bojowym, tylko szarpany oddech zdradza ich zdenerwowanie. Dowódca zamyka oczy, prosząc o błogosławieństwo dla swoich żołnierzy. Pobudzeni, niezwyciężeni czekają na zbliżenie się wroga, gotowi do ataku.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>101</ID>
      <DefaultText>Widzisz nagiego mężczyznę klęczącego przy podium pośrodku dużego, okrągłego pomieszczenia. Naprzeciw niego, po drugiej stronie, stoi wielki tron. Odwrócony jest tyłem, a dwie z jego nóg są połamane tak, że chwieje się niepewnie. W pomieszczeniu rozlega się cichy szmer recytujących głosów pochodzących od zgromadzonych postaci odzianych w czarne szaty.
 
Na podium naprzeciw koksownika stoi kolejna postać. W ręce trzyma oprawioną w skórę, osmaloną księgę. Przemawia do nagiego mężczyzny, mówiąc o lennie, oddaniu i prawie. Gdy kończy, wzywa go, by powstał i ponad płonącymi węglami wyciąga księgę w jego kierunku, po czym wspólnie wrzucają ją w ogień. Nagi mężczyzna przyklęka na jedno kolano, na chwilę składając czoło na koszu paleniska, a potem wstaje i wkłada obydwie dłonie w węgle na dnie koksownika. Wyciąga stamtąd księgę i powoli wręcza ją mężczyźnie w szatach. Ten kciukiem zbiera popiół osiadły na księdze i smaruje nim znak na czole drugiego, tuż nad poparzonym miejscem.
 
Składa głową pokłon i szepcze: „Czy postąpiłem słusznie, tato?” Mężczyzna odziany w szaty cierpliwie kiwa głową.
 
Następnie nagi mężczyzna oczami dziecka spogląda na połamany tron. „Widziałaś, mamo?”</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>102</ID>
      <DefaultText>Widzisz mężczyznę pogrążonego w rozmowie z elfem, który zdaje się być jego pracodawcą – mówi z nim na temat dziennego zarobku. Mężczyzna wygląda na zdezorientowanego i oświadcza elfowi, że z pewnością należy mu się znacznie więcej, niż ten mu oferuje. Elf uśmiecha się protekcjonalnie i wyjaśnia ponownie, dlaczego mężczyzna dostaje mniej, niżby chciał. Mówi szybko, podpierając się najwyraźniej zupełnie przypadkowymi liczbami, gestykulując przy tym żywo i zamaszyście.
 
W miarę monologu elfa dezorientacja mężczyzny wzrasta. Elf kończy przemowę i wręcza mężczyźnie jego zapłatę. Nagle odzywa się jakiś głos nakazujący przemyślenie wysokości kwoty. Obaj zainteresowani zwracają się w kierunku, z którego dochodzi. Dostrzegają obserwującego ich starszego mężczyznę o gniewnym wyrazie twarzy. Mężczyzna podchodzi do nich, trzymając w dłoni miecz. Stalowym głosem zaleca elfowi przeliczenie wypłaty, tym razem z uwzględnieniem całej należności. Gdy elf próbuje protestować, mężczyzna jednym ruchem miecza ścina wiszący u jego pasa woreczek z pieniędzmi, który upada na ziemię ze stłumionym brzękiem. Starszy mężczyzna nakazuje młodszemu zabranie sakwy, mówiąc, że jej zawartość bliższa jest należnej mu zapłacie. Wypowiadając te słowa, ani na moment nie spuszcza oczu z elfa.
 
Odzywa się do niego ponownie, gdy tylko mężczyzna podnosi pieniądze. „Ostatni raz próbujesz tego numeru z człowiekiem” – mówiąc to, wykonuje jeszcze jeden szybki ruch mieczem, który rozdziera koszulę elfa na skos od ramienia po biodro, pozostawiając za sobą cienką czerwoną linię. Elf wydaje okrzyk bólu i sięga po sztylet u swego boku. Mężczyzna uderza go w nadgarstek płaską stroną miecza, następnie unosi go do podbródka elfa, kręcąc głową. Elf, namyśliwszy się, oddala się w pośpiechu.
 
Wtedy starszy mężczyzna zwraca się do młodszego, mówiąc: „Zdaje się, że powinniśmy porozmawiać”.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>103</ID>
      <DefaultText>Widzisz mężczyznę stojącego na splamionej krwią ziemi. Pot ścieka mu po czole i kapie na policzki, łącząc się z kurzem, brudem i krwią zakrzepłą wokół ust. Oddycha gwałtownym, urywanym oddechem w rytmie dopasowanym do aplauzu widowni zgromadzonej na trybunach.
 
Staje naprzeciw swojego ostatniego przeciwnika, wypuszczając trzymany w ręce pałasz, który upada z głuchym grzmotem. Jego oczy zwężają się, gdy obejmuje spojrzeniem otoczenie i ocenia rywala, który jego zdaniem wypada dosyć mizernie. Wargi odsłaniają niezwykle ostre zęby, pomiędzy którymi tkwią jeszcze krwiste resztki ciała poprzedniego przeciwnika. Spluwa i z pogardą zwraca się w stronę zbliżającego się do niego wojownika. Za chwilę szczerzy się ponownie, wykonując ponaglający gest.
 
Aplauz widowni, coraz głośniejszy i szybszy, rozlega się w mesmerycznym rytmie, który przyspiesza tempo jego oddechu. Wymachując buławą u swego boku, jego oponent wypada do przodu, tuż na niego. On jednak nie próbuje nawet uniknąć uderzenia, a tylko lekko się od niego odsuwa, gotując się na cios. Buława ląduje na środku jego lewego ramienia, a on krzyczy. Jednak nie z bólu, ale z niezmąconego uniesienia. Odwraca się, chwytając przeciwnika za nadgarstek i szarpie go do siebie. Rozlega się mokry dźwięk chrupnięcia i ramię wojownika wypada ze stawu. Słysząc, jak z ust przeciwnika wydobywa się skowyt przerażenia, mężczyzna wybucha śmiechem przypominającym szczek. Chwyta teraz za łokieć złamanej ręki i trzymając za nadgarstek przyciąga go do siebie, wyginając rękę do tyłu i napierając nią na staw. Po arenie rozchodzi się wibrujący trzask, a jęki zamieniają się w krzyk bólu nie do zniesienia.
 
Puszcza bezwładną już rękę i chwyta przeciwnika za ramię, w pobliżu szyi, przyciskając mocno miejsce, w którym kończy się wyrwana ze stawu kończyna. Aplauz tłumu zamienia się w oszalały ryk, skandujący teraz tylko jedno słowo: „Rwij!” Mężczyzna uśmiecha się po raz ostatni, odsłania zęby, dając tłumom to, po co tu przyszły. Rzuca się na szyję przeciwnika i zatapia w niej zęby, czując, jak krew spływa mu do ust. To jest to, do czego go powołano. To jego natura.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>104</ID>
      <DefaultText>Widzisz krasnoluda ze skołtunioną brodą, ciężką od deszczu i kurzu. Walcząc z wiatrem, szczelnie owija się peleryną i zaciska zęby. Jest jednym z członków dwudziestodwuosobowej formacji. Tak jak pozostali, nosi insygnia kompanii najemników. Każdy z nich przesiąknięty jest błotem i brudem. Idą z posępnymi twarzami i opuszczonymi ramionami. Poruszają się w ciszy, zbici w nieregularny krąg. Prowadzący grupę orlanin ma wygląd nadgorliwca – wskazuje im drogę wiodącą mokrymi ulicami wprost do podupadłego budynku. Sufit jest częściowo zapadnięty, a widok podejrzanie dobrze zachowanych drzwi zatrzymuje drużynę. Orlanin powarkuje na innych w poruszeniu. Najemnicy formują zwarty krąg. Coś jest nie w porządku. W jednej chwili rozlega się tętent kopyt, słychać strzały. Zdrada.
 
Walka toczy się szybko i sprawnie. Żołnierze otaczają kompanię, krew najemników znaczy uliczny bruk. Nagle, jakby znikąd, przed krasnoludem wyrasta koń. Kopyto zwierzęcia trafia go w czaszkę. Mężczyzna pada, brocząc krwią z ucha. Żołnierze obojętnie opuszczają miejsce jatki. Rozkazy wypełnione.
 
Pośród zapadającej nocy porzucone ciała tężeją. Deszcz nie zdołał jeszcze zmyć krwi z bruku, gdy krasnolud z jękiem otwiera oczy. Staje chwiejnie na nogach, trzymając się za głowę. Pelerynę pozostawia na ziemi, pozwalając, by jej insygnia oglądały niebo. Wolnym krokiem odchodzi.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>105</ID>
      <DefaultText>Widzisz tłum pokładający się ze śmiechu, którego salwy wciąż wybuchają na nowo. Źródłem rozbawienia są opowieści snute przez kobietę o szelmowskim spojrzeniu. Historia dotyczy jej ostatnich przygód, a występuje w niej pewien niebywale nieśmiały troll. Kobieta niepodzielnie panuje nad słuchaczami, a rzucona przez nią finałowa puenta wyciska łzy rozbawienia nawet z oczu tych, na których twarzach nie gościł jeszcze wcześniej uśmiech. Wreszcie uśmiecha się figlarnie, składa teatralny ukłon i udaje w stronę baru, odprowadzana przez cały legion zalotników, z których każdy chciałby zdobyć jej uczucie, oferując kieliszeczek. Odprawia wszystkich po kolei, jednak każdy z nich odchodzi z uśmiechem na ustach. Zadowolona raczy się trunkiem i zaczyna gryzmolić scenariusz swojego kolejnego występu, śmiejąc się ze swoich własnych żartów.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>106</ID>
      <DefaultText>Widzisz, jak cicho gulgocząc, na ziemię opada xaurip z gardłem poderżniętym niewielkim ostrzem. Wysoki mężczyzna w ciemnej zbroi wyciera ostrze o pelerynę, po czym zakrada się do kolejnego wartownika. Kolejne cięcie i pada drugi xaurip. A po nim następny i kolejny. W końcu dostrzega go zwiadowca i podnosi alarm. Z niezwykłą szybkością mężczyzna ukrywa nóż w cholewce i sięga po dwa długie miecze, ścinając przy okazji najbliżej stojącego xauripa. Poza świstem ostrza, którym siecze jednego potwora za drugim, nie zdradza go żaden dźwięk. Wszystko idzie zgodnie z planem do momentu, gdy na swojej drodze napotyka osobnika o wyjątkowo twardej czaszce. Nie mogąc uwolnić z niej ostrza, odrzuca również drugi miecz i sięga po księgę zaklęć. Z jego dłoni wyrasta płomień, który praży skórę trzech zdychających xauripów i powoduje ucieczkę pozostałych. 
 
Ziemia drży, a na jej powierzchnię spada grad ostrych, skalnych odłamków. Dzieje się to za sprawą Najwyższej Kapłanki xauripów. Jej atak jest jednak spóźniony, bo mężczyzna za sprawą czarów prędko przemyka między nimi, atakując mieczem i magią napotykane xauripy. Pot zalewa mu oczy, gdy przywołuje olbrzymią kulę ognia i z krzykiem ciska ją w stronę Najwyższej Kapłanki i jej pozostałych przy życiu wyznawców. Po jej przejściu pozostają tylko zwęglone zwłoki.
 
Mężczyzna dyszy i pada na kolana między ciałami prawie ośmiu dziesiątek poległych xauripów. Gdy zaczyna się podnosić, ziemia drży raz jeszcze… drugi raz… trzeci raz. Rozlega się odgłos ciężkich kroków. Mężczyzna rzuca się za odłam skały. Powracająca ognista salwa opala mu pelerynę. Zauważył go drak.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>107</ID>
      <DefaultText>Wyczuwasz dziwny podział w duszy tej kobiety, jakiś nienaturalny związek pomiędzy dwoma sprzecznymi charakterami.

Widzisz ją, przystającą przy skraju drogi, jak zatrzymuje wóz i wręcza zawiniątko prowadzącemu go mężczyźnie. „Te zioła powinny wyleczyć chorobę towarzyszy” – mówi mu. Informuje, że znajdzie ich więcej rosnących wzdłuż drogi. A pozna je po ząbkowanych liściach, lecz musi się wystrzegać tych z zielonymi jagodami. To inny gatunek. Trujący. Mężczyzna dziękuje kobiecie i oferuje zapłatę, jednak ona zbywa go skinieniem ręki. Tłumaczy, że robi jedynie to, czego wymaga od niej Zakon. Na to mężczyzna kiwa głową i zaczyna niecierpliwie jeść zioła, a kobieta rusza dalej.

Widzisz tę samą kobietę przy drodze. Wóz dopiero majaczy na horyzoncie. Zdajesz sobie sprawę, że to jej nieodległe wspomnienia. Kobieta spogląda na roślinę z ząbkowanymi liśćmi i zielonymi jagodami. Zrywa kilka garści, obrywając owoce jeden po drugim i rzucając na ziemię. Stopą usuwa je ze ścieżki, nie patrząc w dół, jakby chciała ukryć je sama przed sobą. Gdy kończy, z wyciągniętymi ramionami rusza na powitanie zbliżającego się wozu.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>108</ID>
      <DefaultText>Widzisz sporą grupę ludzi zebranych w głównej sali wielkiej gospody. Pomiędzy nimi stoi mężczyzna, który zajęty jest rozmową. Uśmiecha się i przyjaźnie wymienia uwagi z coraz to innymi osobami, krążąc wokół. Gładko wymyka się jednemu rozmówcy i zaraz bierze udział w kolejnej pogawędce, nie zmieniając przy tym tempa kroku.
 
Składa pocałunek na dłoni strojnie ubranej kobiety, pociągając ją w dół, a za chwilę zwraca ją jej towarzyszowi. Podchodzi do kolejnej grupki, klepiąc kogoś po plecach, śmiejąc się z rzuconego żartu i rusza dalej. Prześlizgując się między ludźmi, obejmuje jednego, wymienia uścisk dłoni z innym – cały czas w ruchu. W końcu zdaje się osiągnąć kres swoich możliwości, przeprasza i opuszcza zgromadzenie ku niezadowoleniu towarzystwa.
 
Odchodząc, uśmiecha się i macha na pożegnanie. Przed wyjściem skłania się jeszcze i zamyka drzwi teatralnym gestem. Gdy mija róg i jest już w pewnej odległości od gospody, wyjmuje kilka przedmiotów z ukrytej kieszeni żakietu. Przygląda się każdemu z nich po kolei – naszyjnikowi, broszy, kilku sakiewkom wypełnionym monetami i niewielkiemu klejnotowi. Błądząc bez celu po ulicach, z uśmiechem na ustach przesypuje pieniądze z ręki do ręki, szybko je licząc. Mija żebraka, który wyciąga ku niemu miskę żebraczą, prosząc o łaskę. Mężczyzna zatrzymuje się, uśmiecha i wsypuje do niej wszystkie monety. Po czym odchodzi, gwiżdżąc wesoło.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>109</ID>
      <DefaultText>Widzisz dziewczynkę przykutą do ściany ciężkim łańcuchem założonym na jej nadgarstek. Dziecko cierpliwie szoruje kafle kuchenne. Brak pośpiechu jest celowy. Ciemna plama na podłodze jest bardzo uporczywa, dlatego dziewczynka próbuje ją zmyć już od wielu godzin, nie zważając na upływ czasu ani zapadającą noc. Gdy tak szoruje, jej twarzyczka ma surowy i zacięty wyraz.
 
Zrobione. Kuchnia jest wysprzątana na wysoki połysk i przygotowana na nowy dzień. Ale dziewczynka ma coś jeszcze do zrobienia. Dygocąc, zbliża się do leżącego w kącie ciała. Białka jej oczu błyszczą mocniej, gdy sięga do kieszeni. Złakniona wolności, znajduje ją w postaci klucza. 
 
Nie zauważa krwi, którą splamiona jest jej bluzka, ani nie dostrzega ciekawskich spojrzeń mijanych mieszczan. Biegnie w stronę brzegu oraz majaczących w oddali doków.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>110</ID>
      <DefaultText>Widzisz ciemny, wypełniony dymem kadzideł pokój – budzi on w tobie złe przeczucia. Pośrodku stoją dwie postacie, które powolnymi, dokładnymi ruchami odprawiają jakiś rodzaj rytuału. Młodszy mężczyzna naśladuje starszego i po chwili oczywistym staje się, że starszy jest jego nauczycielem. To on wydaje polecenia, koryguje niedoskonałości i gromi młodzieńca za popełnione błędy. Obserwując jednak ruchy młodszego mężczyzny, dochodzisz do wniosku, że popełnia je on celowo. Nie wiesz jednak, co próbuje w ten sposób osiągnąć. W miarę upływu czasu mistrz jest coraz mocniej poirytowany zachowaniem ucznia. Podchodzi do niego, pochyla się i udziela mu ostrej reprymendy.
 
Wygląda na to, że młodszy właśnie na to czekał. 
 
Szybko korzysta z rozkojarzenia mistrza i odrzucając trzymaną przez siebie kadzielnicę, koncentruje spojrzenie na starcu, całkowicie się na nim skupiając. Wiązka energii przeskakuje z oczu młodszego mężczyzny wprost do starszego. Mistrz wstaje z oczami pokrytymi bielmem, chwiejąc się na nogach. Młodszy podchodzi powoli, nie spuszczając z niego wzroku. Sprawia przy tym wrażenie nieco zawiedzionego. Staje tuż przy nim i spogląda pogardliwie prosto w jego puste oczy. „To wszystko?” – szepcze, wpatrując się w mistrza niczym wąż w ofiarę. „Jak mogłem w ogóle pomyśleć, że masz mi cokolwiek do zaoferowania?” Mruga, odwraca głowę i obróciwszy się na pięcie, wychodzi z pomieszczenia. Jasnoniebieska mgiełka wydobywa się z oczu i ust starszego mężczyzny, okrążając go miękkim kosmykiem przemykającym się pod ręką i podpełzającym do brzucha, by powędrować zaraz do stóp. Mgiełka rozprzestrzenia się coraz szybciej, roziskrzając się, w miarę jak spowija ciało mistrza. Staje się coraz bardziej ruchliwa, przypominając teraz lśniący kokon, w którym tkwi uwięziony starzec. Wydobywa się z niej też słabe brzęczenie, które z każdą sekundą staje się głośniejsze. Młodzieniec zatrzymuje się jeszcze w progu i z nieznacznym zainteresowaniem spogląda na nauczyciela. Powietrze wokół starca zapala się z gwałtownym świstem i starzec staje w płomieniach. Swąd palonego ciała wyrywa nauczyciela z letargu, a krzyk dobywa się z jego płuc. Młodszy mężczyzna obraca się ponownie i niewzruszony odchodzi, pozostawiając agonalne krzyki mistrza bez odpowiedzi.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>111</ID>
      <DefaultText>Widzisz dłoń – zwichniętą i posiniaczoną, przybitą do podłogi wygiętym metalowym kolcem. Krew zbiera się na posadzce, cieknie po meblach i ścianach. Mężczyzna spogląda znad ciała, nad którym właśnie klęczy, lustrując ogrom masakry, którą sprowadził na tę rodzinę.
 
Cztery ciała – kobieta, dwóch młodzieńców i dziewczyna. Wszyscy leżą na podłodze z zawiązanymi oczami, skrępowanymi nogami i rękami przybitymi do podłogi. Mężczyzna unosi opaskę przysłaniającą twarz kobiety i majstruje coś przy jej oczach. Gdy kończy, chowa niewielkie ostrze i ponownie zsuwa opaskę, delikatnie ją przyklepując. Wstaje i rozgląda się wokół, najwyraźniej zadowolony ze swojego dzieła. Nagle jego oddech przyspiesza, bo oto ktoś zbliża się do drzwi. Mężczyzna podskakuje ogarnięty podekscytowaniem i rusza w głąb pokoju, skrywając się w ciemnościach. Z tego miejsca widzi doskonałe ułożenie ciał, z których każde zwrócone jest twarzą do drzwi z rękami szeroko rozpostartymi – jakby chciały przywitać wracającego do domu ojca.
 
Drzwi otwierają się, a mężczyzna powoli wyciąga zza pasa kolejny kolec, przygryzając język w niecierpliwym oczekiwaniu.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>112</ID>
      <DefaultText>Widzisz skromnie urządzony dom ogrzany ogniem kuchennego paleniska znajdującego się na jego tyłach. Na krześle z wysokim oparciem siedzi mężczyzna i przegląda grubą księgę. Na kolanach trzyma małego chłopca. Uśmiecha się do niego i zadaje pytania, kolejno wskazując ilustracje w księdze. Podnosi wzrok, gdy do wiszącego nad ogniem naczynia podchodzi kobieta, aby zamieszać przygotowywaną w nim potrawę. Dodaje do niej trochę marchewki, miesza, po czym wstaje i zwraca się do mężczyzny. Mówi coś, pochyla się i całuje go. W tym samym momencie rozlega się pukanie do drzwi.
 
Mężczyzna zbiera się, by wstać, jednak kobieta gestem prosi go, by pozostał na miejscu. Podchodzi do drzwi i zerka przez okno. Na zewnątrz jest jednak zbyt ciemno, by cokolwiek zobaczyć. Odryglowuje drzwi i otwiera. Za progiem stoi wysoki, tyczkowaty mężczyzna z dziwacznym uśmiechem na twarzy.
 
Rozlega się mokry odgłos. Kobieta wydaje z siebie słaby jęk, osuwając się na podłogę. Jej krew szybko zbiera się w kałużę. Mężczyzna podrywa się z krzesła i zasłania sobą chłopca przed intruzem, który przeszedł ponad ciałem kobiety i wkroczył do środka. „Galark przysięgał, że odczujesz jego ból” – mówi lekkim tonem. Do domu wkracza jeszcze czterech innych mężczyzn. „Wygląda na to, że nadeszła pora zapłaty.”</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>113</ID>
      <DefaultText>Widzisz samotnego mężczyznę stojącego na polu. Rozgląda się, oceniając uprawy. Raz na jakiś czas pochyla się, by obejrzeć dokładniej któryś z liści. Jest skupiony na tym, co robi, całkowicie pogrążony w swojej pracy. Z tyłu zmierza w jego stronę inny mężczyzna. Porusza się powoli, ale w żaden sposób nie stara się ukryć swojej obecności. W ręce trzyma wielki miecz. Nic w zachowaniu tego mężczyzny nie wskazuje na nienawiść czy złe zamiary. Zdaje się być wręcz zadowolony.
 
Pierwszy z mężczyzn, słysząc kroki, prostuje się i odwraca od rośliny. Uśmiecha się i rozkłada ramiona, by powitać przybysza. Uśmiech jednak przemienia się w grymas bólu, gdy mężczyzna wbija w jego brzuch miecz, przebijając go na wylot. Ręce ofiary powoli opadają, a krew kapie z miecza wprost na rośliny pod jego stopami.
 
Gdy mężczyzna pada na kolana, drugi wysuwa miecz, a pojedyncza łza powoli toczy się po jego twarzy, na której wciąż widnieje uśmiech.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>114</ID>
      <DefaultText>W pierwszej chwili widzisz tylko burzę zmierzwionych, siwych włosów. Po chwili także rozżarzony kostur, który daje dzierżącej go osobie władzę nad ogniem i mrozem. Na końcu dostrzegasz mężczyznę – oziębłego i dzikiego. Mężczyzna wolno przeżuwa pomarszczone jabłko, rzucając przy tym zaklęcie za zaklęciem na tłum wieśniaków, z wrzaskiem przedzierających się w jego stronę. Zimny płomień bucha z jego nozdrzy. Kątem ust strzela pestkami z jabłka i kroczy niespiesznie, lekceważąc przelatujące ze świstem strzały i rzucane nań klątwy. Wystarczy bowiem jeden ruch kostura, by pocisk mocy przeszył na wskroś tułów jednego napastnika, drugiego... 
 
Z gardła mężczyzny dobywa się ryk, gdy rzuca się w tłum nieprzyjaciół i wdziera się kosturem w ich esencje. W jego kierunku wysuwa się w błagalnym geście dłoń, aby po chwili opaść zignorowana. 
 
Zapada cisza, a obszarpany mężczyzna odbiera swoją nagrodę – kosz świeżych gruszek. Zaczyna je pałaszować, nucąc pod nosem.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>115</ID>
      <DefaultText>Widzisz wysoką postać, która energicznie przemierza pomieszczenie w tę i z powrotem, przebierając palcami w zdenerwowaniu. Z zewnątrz dobiegają odgłosy bitwy, coraz wyraźniejsze i bliższe, roznoszą się po grotach i korytarzach, przemykając przez drzwi i mijając straż. Czarnoksiężnik przestaje krążyć po sali i otwiera z zamachem drzwi do przyległej, umeblowanej groty. Szybko podchodzi do półki i zgarnia z niej zwoje, po czym żąda wydania mikstur od przerażonych żołdaków. Odrzucając kopniakiem stojące mu na drodze krzesło, powraca do swojego pokoju, aby się przygotować. Wróg jest coraz bliżej. Czarnoksiężnik rozpoczyna czary, rzucając zaklęcie za zaklęciem: obrona, dodatkowa energia, pułapki... Jego skóra twardnieje w metalową powłokę w chwili, gdy do pomieszczenia wpadają najeźdźcy, błyskając ostrzem mieczy i wypuszczając świszczące strzały. „To ostatni moment, żeby się wycofać” – mówi. Strzała przemykająca mu nad głową stanowi odpowiedź. Czarnoksiężnik wzdycha, a jego usta zwężają się w wysiłku, gdy przygotowuje atak. 
 
Jest ich sześciu, ale wkrótce zostaje tylko czterech, trzech, a w końcu jeden. Ostatniego orlanina dla pewności traktuje sztyletem rzuconym prosto w skroń. Postać przewraca się. Nikt już nie wstaje.
 
Wołanie czarnoksiężnika niesie się po korytarzu. Nikt mu jednak nie odpowiada. Niezadowolony zaczyna sprzątać ciała. On jeden pozostał przy życiu.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
    <Entry>
      <ID>116</ID>
      <DefaultText>Widzisz, jak mężczyzna krzyżuje ramiona i unosi głowę. Światło księżyca i pochodni rozświetla jego twarz. „Gówno prawda.”

Na twarzy stojącego przed nim elfa maluje się panika. „Oszalałeś? Widziałem go przecież!”

„Acha!” – woła pierwszy mężczyzna, triumfalnie unosząc palec. „A przed chwilą mówiłeś, że tylko go słyszałeś.”

Elf mruga. „Co to ma do rzeczy, na bestie Galawaina?”

„Powiedziałeś, że tylko go słyszałeś. Teraz mówisz, że to potwór wielkości dwóch aumauan, okryty futrem w kolorze krwi.” Mężczyzna podchodzi do elfa o krok bliżej. „A ja ci mówię, żeś jest łgarz, Doran.”

Doran zaczyna się jąkać. „Na bogów, Visceris, co za różnica, jak on wygląda? To wściekły wilk. Widziałeś, co zrobił z owcami...” Elf unosi ręce i kręci głową. „Jeśli chcesz tu sterczeć całą noc, by się przekonać, to proszę bardzo. Ja stąd czmycham.”

„Dobra.”

„W porządku.”

„Świetnie.”

Elf odchodzi szybkim krokiem, oglądając się raz za siebie, nim znika za pagórkiem. Mężczyzna rusza w przeciwnym kierunku z mieczem i pochodnią w rękach. Po kilku minutach dociera do strzaskanego padoku, w którym leżą dziesiątki martwych owiec – mają rozerwane gardła, a ich trzewia rozrzucone są dookoła. Czegoś takiego nie zrobił zwykły drapieżnik.

Coś szeleści w suchych zaroślach.

Visceris odwraca się, ale nic nie dostrzega. Podnosi pochodnię wyżej. 

Tym razem szelest dobiega zza jego pleców, z okolic padoku. Odwraca się ponownie i widzi wilka. Nie jest wcale tak wielki, jak zarzekał się Doran, a chociaż jego futro poplamione jest krwią przy gardzieli i na łapach, to reszta opisu Dorana była mocno przesadzona. Typowe.

Viscerisowi sprawia to nawet pewną satysfakcję, nawet kiedy wilk rzuca się na niego. Jego paszcza jest spieniona, a oczy wywrócone.</DefaultText>
      <FemaleText />
    </Entry>
  </Entries>
</StringTableFile>